Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 czerwca 2011

relatywizm moralny rozhisteryzowanego klarnetu


Pod wpływem dwóch ciekawych artykułów z majowego "Bluszcza" o Woodym Allenie postanowiłam nadrobić choć częściowo moje filmowe braki. Oglądałam wcześniej jego najnowsze filmy, ale nie są one podstawą do jakkolwiek wartościowej rozmowy o stylu tej postaci zarówno w roli reżysera, jak i aktora, który przecież kształtował się przez lata. Jest tylko jeden sposób by wyrobić sobie własne zdanie. Oglądać. Przeżywać. Rozmyślać.

Moje wcześniejsze zdanie na temat tego pana, który wywarł ogromny wpływ na światową kinematografię, było raczej ubogie i płytkie, z braku wiedzy. Ot spojrzenie przeciętnego widza. Gdy poznałam część jego biografii (szczególnie tej prywatnej) i poglądy jakie głosi, tudzież które emanują z jego filmów, zbudziła się we mnie pewna konsternacja. Nagle reżyser błyskotliwych, zabawnych, ale zarazem poruszających ważne kwestie produkcji stał się stronniczym, zakompleksionym indywiduum

Tak to jest, każdy ma swoje dziwactwa. Z tą różnicą, że niektórzy trzymają je dla siebie, inni prezentują je całemu światu, wpływając dodatkowo na podświadomość odbiorców. Może to mieć dobre i złe skutki. Dziwactwem może być charakterystyczny sposób bycia, specyficzny humor, ale też wygłaszane poglądy i niejednoznaczna postawa.

W artykule Kazimiery Szczuki "Rozhisteryzowany klarnet" cytowane, ba! wytłuszczone i powiększone, są fragmenty przedstawiające jego poglądy w sferze seksualnej. Wiadomo bowiem, że wzrok zaintrygowanego kartkowicza spocznie dłużej w miejscu gdzie pojawia się słowo seks, monogamia, kastracja, masturbacja, kochanek, najlepiej w jednym zdaniu. Dość prymitywny sposób przyciągnięcia czytelnika, ale jak zawsze niezawodny. 

"Miłość rodzinna to propaganda skrywająca rodzaj kastracji: 
monogamia to areszt dla samej istoty męskiej witalności, 
radosnego pierwotnego popędu"
Sugerowałoby to jego nieskrywany mizoginizm i poczucie potrzeby ( być może fałszywego) liberalizmu. W końcu jak pisze Szczuka: Allen, dziecko rewolucji seksualnej.

Jednak inne wypowiedzi niejako zaprzeczają poprzednim:
"Mężczyźni udają silniejszych , nie płaczą, umierają na ataki serca. Kobiety wiedzą, czym powinien być seks, nigdy nie mylą go z miłością. Są bardziej dojrzałe, mniej wojownicze, delikatniejsze. Bliższe temu, czym powinno być życie."
Tymi słowami zdradza swoją fascynację i respekt do kobiet. Jaki jest więc prawdziwe podejście Allena? Tego się nie dowiemy. Ta niejednoznaczność prowokuje do jeszcze głębszego wnikania w dzieła reżysera, dopatrywania się sugestii, ukrytych znaczeń.

Seksualna swoboda obecna w filmach Allena zahacza nie tylko o problematykę erotyczną samą w sobie, ale przede wszystkim o wolność, której granice sami wyznaczamy. RELATYWIZM MORALNY. Po nafaszerowaniu się "Ojcem Goriot" Balzaka, "Długiem" Krauzego i "Linczem" Łukaszewicza wszędzie widzę relatywizm moralny. A może zwyczajnie otworzyły mi się oczy i dostrzegam więcej? Właściwie cały świat jest oparty na tym niepewnym pojęciu. RELATYWIZM MORALNY. 

"Bohaterowie Allena żenią się i rozwodzą, zdradzają i romansują jakby pogodzenia ze swoim poliamoryzmem"

Po obejrzeniu potrójnej dawki Woodiego w ostatnich dniach, dostrzegam także inny istotny środek przedstawienia tego zjawiska. Obejrzałam:

W pierwszej pozycji urzekli mnie główni bohaterowie (Scarlett Johansson i Woody Allen) obdarzeni błyskotliwością, żwawością i humorem. Druga emocjonalnie trzyma przy ekranie i zawiera zaskakujący zwrot akcji pod koniec. Trzecia nieprzewidywalna, nieco smutna, ale z przystojnym Ewanem McGregorem.

Wszystkie te tytuły łączy jeden element. W każdym jakaś niewinna osoba zostaje zamordowana, co staje się osią fabuły. Raz główny bohater jest sprawcą, raz jedynie szuka rozwiązania zagadki kryminalnej, ale pytania związane z trudnymi decyzjami, moralnością i przekraczaniem granic nieustannie przewijają się przez głowy zarówno bohaterów miotanych trudnościami, jak i zdezorientowanych widzów. Bohater jest dobry, czy zły? Mamy tendencje do kategoryzowania do skrajnych przypadków. Tak jak Krauze, Allen nie moralizuje, pokazuje sytuacje i każe odbiorcy wydać wyrok lub przyjąć kreowaną rzeczywistość na zimno.

Ile potrzeba by porządny człowiek stał się mordercą? 
Gdzie jest granica ostateczności? 
Czy istnieją sytuacje bez wyjścia? 
Ile okrucieństwa jesteśmy w stanie znieść lub zadać? 
Czy przypadek rządzi naszym życiem? 
Czy możemy ufać ludziom?

Takie pytania zdaje się stawiać reżyser. Nie daje jednak klarownej odpowiedzi na nie. Pozostawia odbiorcy pełno miejsca na pytania, interpretacje, nawet irytację, gdzieś pomiędzy napisami końcowymi, które równie dobrze mogły by być lecącymi z dołu ku górze stertami znaków zapytania. Pozostaje zarazem poczucie jakiejś pełni, całości a jednocześnie niedopowiedzenie sprawia, że historia nie jest zamknięta ani martwa.

No i zostałam z większą liczbą pytań niż odpowiedzi.

środa, 26 stycznia 2011

Przebłysk geniuszu

Są takie filmy, które wprawiają w dobry nastrój. Są takie, które chcą nam zrobić papkę z mózgu wkręcając w psychodeliczny świat. Są i takie, które każą się zastanowić. Oczywiście nie dla wszystkich są powodem rozmyśleń, bo wymaga to pewnej zdolności czytania między wierszami. Spojrzenia ponad fabułą i dostrzeżenia jakiejś myśli przewodniej. W szkole, wbrew wrażeniu, które czasem i mnie nawiedza, uczą nas przydatnych rzeczy. Zapominają tylko wspomnieć by umieć wykorzystać nową wiedzę i umiejętności na innym poziomie. Wyższym, wyciągającym wnioski z dystansu. Przykład? Na lekcjach polskiego analizujemy niezliczone ilości tekstów, które większości wydają się nudne, nieaktualne i ciężkie do zrozumienia. Nie chodzi teraz nawet o udowadnianie, że jest inaczej. Chodzi o tę umiejętność. Czytanie między wierszami, dociekanie, wyciskanie drugiego, czwartego dna, a nawet intencji, czyli 'co autor miał na myśli'. To jedna z najważniejszych umiejętności w naszym życiu, która pozwala przesiewać propagandę, manipulację, którymi jesteśmy nieustannie karmieni. Wyrobienie sobie własnego zdania wcale nie jest takie proste. Jak je tworzymy? Przede wszystkim zbierając informacje. Jeśli nie będziemy umieli ich selekcjonować i wnioskować, nigdy nie staniemy się świadomymi i rozsądnymi obywatelami. Czasem odnoszę wrażenie, że takich jest na prawdę niewielu. 

Przez zmianę perspektywy stajemy się w jakiś sposób mądrzejsi, możemy ugryźć tego pączka z innej strony. A kto wie, może właśnie tam, ukryła się marmolada? Wyobrażam sobie czasem, że nagle mam sobie radzić  sama. Tak ZUPEŁNIE SAMA w tym świecie na wyścigi. I zauważam, że tak właściwie, niewiele wiem. Może zaczyna to podchodzić pod filozoficzne "wiem, że nic nie wiem", ale ostatecznie i tak każdy musi dojść do tego sam. Taki jest problem ludzi. Uczą się na własnych błędach. Cenną rzeczą jest obserwowanie innych, ale to nie to samo. Jak się nie poparzysz, nie zapamiętasz, że ogień pali, jak się nie zawiedziesz, nie wiesz jak to jest czuć się opuszczonym, jak się nie zakochasz, nie wiesz jak to jest nie móc przestać o kimś myśleć. Umieramy z tą wiedzą sfrustrowani, nie mogąc przekazać wszystkiego innym, by się nie potykali. Każdy musi dojść do tego sam. Wybitnie wkurzające, prawda?


Obejrzałam przed chwilą film opowiadający historię Roberta Kearns'a - "Przebłysk geniuszu" ("Flash of Genius") z Gregiem Kinearem w roli głównej. Bohater opowieści, a zarazem postać autentyczna był amerykańskim wynalazcą i wykładowcą na uniwersytecie. Opatentował system Wycieraczek Czasowych wzorowany na mruganiu ludzkiego oka, które teraz wydają nam się tak oczywiste. Zaczął współpracę z koncernem Forda, ale sprytnie go oszukali i wykorzystali. Pozwał ich do sądu. Sam przeciw gigantycznemu koncernowi! Walka trwała ok 14 lat. Jak zawziętym i silnym trzeba być, aby tak walczyć o swoje. A prawo zwykle nie jest po stronie malućkich. Firma ma wpływy, ma pieniądze. To wszystko wystarczy by zmieść kogoś z areny i pławić się w glorii chwały. W rezultacie, dla Kearns'a stało się to walką o honor, o sprawiedliwość. No właśnie. Znalazł mnóstwo dokumentów i listów innych wynalazców zwyczajnie wykorzystanych i zapomnianych stając się ich reprezentantem. Dla sprawy poświęcił swoje życie rodzinne, rozwiódł się z żoną. Czy to warto dla jakiś wycieraczek? A jednak w końcu wygrał. Dostał pokaźne odszkodowanie i prawo do patentu. Obserwowałam na filmie ile pracował i wyszukiwał, aby jak najlepiej poznać to szczegółowe, a jednak zawierające mnóstwo kruczków, prawo. Ile przebiegłości i determinacji potrzeba. Nie wystarcza nam czasu, by znać się na wszystkim. A szkoda. Zawsze musimy na kimś polegać, komuś zaufać. A gdy nas zawiedzie? zdradzi? Możemy to tylko dopisać do listy własnych doświadczeń i radzić sobie dalej. Zawsze znajdą się ludzie, którzy chętnie podłożą nogę dobremu, szlachetnemu, przepełnionemu nadzieją. Zawsze znajdzie się jakiś Mefisto. 

wtorek, 29 grudnia 2009

AVATAR, czyli jak delikatnie powiedzieć ludzkości, że jest beznadziejna

Jako, że człowiek czasami musi odpocząć, błogosławmy ferie. Inaczej skończylibyśmy marnie, zapewne jako kłębki nerwów lub też pesymistyczne kłębki, a tak, można nabrać na powrót sił i entuzjazmu do dalszego życia oraz przy okazji nadrobić nowości kinowe.












W dzień, w którym matka natura sobie z nas zakpiła (wczoraj) i zesłała idealną zimową pogodę, udałam się z Coco na najnowszy film Jamesa Camerona, zapowiadany na wielki hit - AVATAR. I nie zawiodłam się.

Akcja rozgrywa się na planecie Pandora. Fauna i flora stworzone na potrzeby tego świata były zniewalające! Do tego w wersji 3D i Tosia odleciała. Oczywiście ludzie, ze swoją obrzydliwą chciwością, bezmyślnością i upodobaniem do niszczenia wszystkiego, co piękne i naturalne, musieli zjawić się na Pandorze i zmącić jej niesamowitą harmonię i czar swoimi brzydkimi maszynami i niszczycielskim sposobem bycia. Skłoniło mnie to do przemyśleń na temat tego, co ludzie już zdążyli zniweczyć na swojej planecie. Czy zorientujemy się, że jednak natura jest nam niezbędna do szczęścia, dopiero, gdy całkowicie jej zabraknie, czyste powietrze będzie tylko ckliwym wspomnieniem, a gdzie nie spojrzeć - metal i roboty? Ludzie wydają mi się tak zaślepieni swoimi osiągnięciami, że zapominają o tym, co najważniejsze. Marzą mi się nowoczesne, samowystarczalne miasta z ekologicznymi zasobami energii (http://styl-zycia.ekologia.pl/eko-technologie/Miasto-w-100-zasilane-sloncem,8862.html), żyjące w zgodzie ze środowiskiem. Ale czy to się w porę rozpowszechni? Albo czy kiedykolwiek? Po ostatnich lekcjach biologii dręczyło mnie, po co właściwie istnieją wirusy, one tylko niszczą i powodują cierpienie, nie robią nic dobrego. Ale po chwili zastanowienia... To trochę jak ludzie dla Ziemi. Jesteśmy tylko pasożytami wyniszczającymi własne źródło życia. Niestety ludzka mentalność nie nadaje się do recyklingu, ani nawet do wymiany...ale na pewno na złom. Fundacje pro-ekologiczne trąbią o świadomości konsumenta, ble ble ble. A rzeczywistość wygląda tak, że wiele produktów ma znaczek "ECO", jedynie po to, żeby zmanipulować klienta, zmylić go i sprawiać wrażenie dobrych i zaufanych. Tylko po co to wszystko? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o jedno.

Bardzo zbulwersowała mnie ta kwestia. Przecież świat potrafi być taki piękny, czy nie warto o niego zawalczyć? To nie tak, że zaraz wyruszę pikietować przed rybnym o wolność dla szczupaków , rozdam cały swój dobytek na rzecz trędowatych, czy zamieszkam pod mostem na znak sprzeciwu wobec burżuazji i marnotrawstwa (swoją drogą, słyszeliście o freeganach? to ludzie, którzy świadomie wybierają życie na poziomie wyzbytym z luksusów, a nawet jakichkolwiek ułatwień, aby nie wiązało się z marnowaniem czegokolwiek, przez co jedzą jedzenie ze śmietników i noszą stare ubrania. doprawdy szczytna idea. ale lepiej uważać kogo wybieramy sobie za autorytet. w końcu wodę też trzeba oszczędzać...nie chciałabym znaleźć się nawet w pobliżu takiego "gorliwego zbawiciela świata"). Ale sądzę, że to sprawa najwyższej wagi. W końcu  chodzi o losy świata. I wbrew pozorom żaden Superman, ani tak popularny ostatnio w USA Ironman, nie pomoże. Bo w tym dziwnym, niekomiksowym świecie zwanym rzeczywistością, liczy się każdy człowiek i to czego może dokonać.

poniedziałek, 9 listopada 2009

jak w bajce

Ludzie często mówią, że chcą żeby ich życie było jak bajka, jak film. A w rzeczywistości jest to życzenie bardzo irracjonalne. I wcale nie ze względu na jego nierealność, wręcz przeciwnie! My już żyjemy jak w filmie! Tyle, że narzekają ci, którzy toczą zwykłą fabułę obyczajową. Marzą o wyniosłej komedii romantycznej albo dreszczyku emocji w serii przygodowej. A co mają powiedzieć ci, którzy żyją w horrorach? Oni nie mają nawet odwagi śnić. A tymczasem jakieś rozpieszczone dziecko cywilizacji i dobrobytu marzy o Księciu-z-bajki, albo skarbie piratów, a ten, kto ma z góry to, czego pragną inni, zwykle tego nie docenia. Wydaje się zabawne? Z innych perspektyw różnie widać.

Na szczęście każdy jest reżyserem własnego filmu (a czy scenariusz został już wcześniej napisany, to inna historia), więc jedyne co możemy zrobić to działać, działać, działać! W końcu trzeba sobie wyćwiczyć warsztat pracy, żeby w końcu być zadowolonym z efektu   :)

piątek, 6 listopada 2009

julie/julia project

Miałam rację! Ten film jest świetny - jego głównym tematem jest...jedzenie! Historia amerykanki, która odmieniła kulinarny świat i zafascynowanej nią dziewczyny z pisarskimi ambicjami, która także uwielbia gotować.Wszystko to wprawia w nastrój jakiejś błogości i optymizmu (Meryl kreuje takie postacie, których nie da się nie lubić!). Ścieżka dźwiękowa umiejętnie wprowadza nas w atmosferę Paryża lat 40 lub współczesne amerykańskie realia. Choć mój sprytny plan, zwerbowania całej klasy, nie wypalił, poszłam w towarzystwie dwóch koleżanek i bardzo mi się podobało. W czasie sensu w przytulnym kinie Femina, już po biletowej bitwie z roztrzepaną kasjerką, na prawdę robiłam się głodna patrzą na te wszystkie dania! Przy okazji wyszło na jaw (w czasie rozgorzałej dyskusji o gotowaniu pod wpływem filmu), że M. lubi sobie coś popichcić. Chyba jest rzeczą oczywistą, że powinna dzielić się swoim hobby! A my jesteśmy bardzo pomocne... i z ogromnym apetytem na rozmaite frykasy. W drodze powrotnej do domu zaczęłam obmyślać ambitne plany kulinarne na najbliższe "weekendowe eksperymenty" w mojej kuchni! Gotowanie jako sztuka to bardzo pożyteczne zajęcie (pomijamy tu tempo w jakim żyjemy i chroniczny brak czasu, sztuka wymaga poświęceń) i chętnie zorganizowałabym jakieś spotkanie przy garkach (co mogłoby zaowocować dużą ilością śmiechu i smakowitości :). Szkoda tylko, że brak mi możliwości technicznych. Może ktoś zgłosił by się na ochotnika na użyczenie swojej kuchni?

      Teraz słucham : "julie & julia" soundtrack
  

wtorek, 3 listopada 2009

ZERO

Wypad do kina to, jak dla mnie, świetna alternatywa dla szkolnych zajęć. I do tego, tym razem, w pełni legalna :) Szkoda tylko, że nikt mnie nie słuchał i w drodze głupiej demokracji byłam zmuszona pójść na "zero" - debiut polskiego reżysera Pawła Borowskiego, zamiast na wyczekiwany seans "Julie i Julia", z Meryl Streep!

Ale jeśli ten nowatorski styl miał nakierować polską sztukę filmową na nowe tory, to może to i dobrze (kolejne rozwlekłe historyjki na ten sam temat to by była już przesada). To na pewno styl ekscentryczny. Powstały w tej fabule miszmasz jest jednak zaletą. Pokazuje jak ludzkie życie ma wiele powiązań, przypadków, problemów, okrucieństwa i kontrowersji. Z tego ostatniego (bardzo dosadnie przedstawionego) chyba nie była zadowolona nasza wychowawczyni, szczególnie w scenach, gdy rozmawiając przez telefon, ekspedientka w sex-shopie skubie różowego penisa, czy jakiś agresywny facet bezceremonialnie przechadza się po studiu pornosów na tle gołych pośladków i perwersyjnej bielizny.

Historie tylu ludzi, a jednak przez te wszystkie koneksje, jakby jedna. Do tego intrygujące zakończenie nawiązujące do początku wywołuje śmiech zaskoczenia i ironii. Czy w takim razie życie ma jakiś schemat, którym nieświadomie podążamy? Czy ten symbol recyklingu na plakacie to w istocie współczesna wersja TAIJITU (symbolu dopełniania się yin i yang, nieskończoności)? Co zrobić, żeby uniknąć negatywnej rutyny i niezadowolenia? Na te pytania twórcy nie odpowiedzieli, z tak samo zaciętą premedytacją jak ucięli wszystkie wątki, pozostawiając widza z dziwnym niedosytem i poczuciem braku konkretnego końca. Ale właśnie tak jest w życiu, jeśli opowieść jednego człowieka się kończy - i tak wiąże się z milionem innych, które można opowiedzieć. I choć każda jest inna, wszystkie mówią o życiu, które nie jest idealne, a jednak ciekawe. Niestety także problemy, w które się wplątujemy lub zostajemy wplątani, nie zawsze są tak klarowne jak się wydaje z zewnątrz. Ich struktura wewnętrzna jest dużo bardziej pogmatwana, skomplikowana i bezsensowna, z uwagi na niemożność znalezienia prostego rozwiązania bez ponoszenia przykrych konsekwencji. Ta zasada odnosi się do wielu rzeczy. Takie jest życie. Ale ta cecha - dwuwarstwowości - pomaga czasem dostrzec rzeczy najważniejsze, ogólne, które pomagają znaleźć rozwiązanie. Dystansowanie to właśnie to - spojrzenie na wszystko z boku, na tę warstwę powierzchowną i nie przejmowanie się drobnostkami, które się na to składają.

Nasze historie też mogłyby się znaleźć w takim filmie. Ciekawe jak wiele zdumiewających rzeczy odkrylibyśmy o sobie na wzajem.

ps. Ostatecznie i tak postawiłam na swoim - w piątek idziemy na "Julie i Julia"   :D

czwartek, 15 października 2009

pachnidło

Choć pogoda postanowiła zrobić nam wczoraj małą niespodziankę, przemoczyć do suchej nitki i zniweczyć wyczekiwaną grę miejską, nie ma takiej sytuacji, w której ciekawa lektura i dobry film oglądany z przyjaciółką przy „kawie tylko w jednym stylu” nie poprawiłby mi humoru. Którego z resztą, o dziwo, mi akurat nie brakowało. Chyba to oszustwo zimy pobudziło mój organizm do wypuszczenia zmagazynowanych gdzieś zapasów endorfiny. Tak na przekór światu, który z tego błogiego stanu próbował wyprowadzić mnie za wszelką cenę (czy to zsyłając na mnie przygłupiego kanara zaprogramowanego tylko na „poproszę dokument ze zdjęciem!”, czy zacinając mi śniegiem prosto w twarz).

Ale nie dałam się i już koło 13h dotarłam (po trudach przedarcia się przez zaspy śniegu i kałuże jego pozostałości) w całkowicie mokrych skarpetkach, ale szczęśliwie, do K.

Obejrzałyśmy „Pachnidło”. Po czytaniu książki, zupełnie inaczej wyobrażałam sobie głównego bohatera, ale film zrobił na mnie duże wrażenie. Szczególnie z uwagi na scenografię i muzykę. To zadziwiające jak współczesna kinematografia potrafi oddać klimat dawnych czasów! (I przekonać mnie, że nie chciałabym mieszkać w niebotycznie śmierdzącym Paryżu XVIII wieku)

Wnioski wysunęłam dwa.

1)      Grenouille, żył w pełnej pogardzie i nienawiści do ludzi, a jak na ironię, to właśnie oni byli źródłem tego, czego zabrakło w jego życiu, któremu tak desperacko próbował nadać sens. Potrzebował miłości, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Chyba każdy jej potrzebuje. Jak bardzo by się nie wypierał tego, że druga osoba jest mu niezbędna do szczęścia. To jedna z potrzeb bezwarunkowych. Jak jedzenie, czy oddychanie (nie wspomnieli o tym w mojej „biologii” Villee’go…). Może to brzmi oklepanie, ale wszystko wskazuje na to, że to ona nadaje znaczenie naszej, nic nieznaczącej wobec świata, egzystencji. A jak znaleźć taką osobę, która sprawi, że będziemy szczęśliwi? Może da się ją wywęszyć?

2)      zapach dziewicy wywołuje potrzebę miłości (choć ja bym preferowała żywą, a nie olejek..ale to już  kwestia jakiegoś olfaktorycznego spaczenia głównej postaci)

W ogóle zapachy mają dużo większy wpływ na nasze życie niż zdajemy sobie z tego sprawę. Ich oddziaływanie na nasze zachowanie i wybory jest uwarunkowany gdzieś głęboko w naszej podświadomości i dzikich instynktach. Nawet podobają nam się ludzie ze względu na zapach! Nie bez przyczyny powstało powiedzenie, że między kimś jest chemia. Żadne tam iskrzenie. Nad tym się nie panuje. Każdy pachnie sobą, niepowtarzalnie, czymś, czego nie da się opisać.

Według niektórych, da się oszukać zmysły i przyciągać innych. Narzędzie tej konfabulacji? PERFUMY. Podobno faceci perfumują się dla płci pięknej, która dla odmiany woli zapachy pasujące przede wszystkich im, nie bacząc na gusta panów. Zabawne.
Moje ulubione zapachy to:

Yves Rocher                  - pur desir de lilas
Guerlain Paris               - aqua allegoria mandarina-basilic
Nina Ricci                      - ricci ricci; nina
Ester Lauder                 - pleasures
Mochino                         - I love love
Lolita Lempicka           - L de Lolita Lempicka
Coco Chanel                  - Mademoiselle
Masaki Matsushima   - Masaki

dnia pachnącego wiosną,
życzy Antonina