wtorek, 13 kwietnia 2010

Hołd dla Neptuna cz. I

Od rejsu, który odbył się 19-29.02 minęło już trochę czasu, ale jako że żyję obecnie w biegu, relacja pojawia się dopiero teraz. Ale na szczęście na opowieści nigdy nie jest za późno.
Zapraszam na pokład! :)



Pogorią po morzu liguryjskim





Pierwszy dzień to czas na szkolenie i zapoznawanie się z jachtem. Mimo 24-godzinnej podróży wszyscy są zdeterminowani nauczyć się skomplikowanej terminologii ożaglowania naszej łodzi. Pogoria na tydzień ma nam zastąpić dom. Porządny dom ma swoją rodzinę, więc i my zostajemy podzieleni na cztery wachty - od teraz mamy wspierać się wzajemnie w każdej sytuacji. Jako porządne rodziny mamy także głowy, którymi zostali oficerowie. Taki system znacznie ułatwia sprawne działanie na statku. Co cztery godziny zmieniają się wachty: nawigacyjna i bosmańska. Tzw. kambuz (członkowie wachty zmieniają się w przyjdź-podaj-pozamiataj, kuchcików i kelnerów) trwa całą dobę. Wszystko jest nowe, załoga jest podekscytowana i co chwila słychać szepty: „kiedy w końcu wypłyniemy?”




Jednak odbicie od keji w Livorno, skąd zaczyna się nasza przygoda, jest zaplanowane dopiero na następny dzień po obiedzie. Korzystając z okazji śmiałkowie, pod opieką oficerów, wspinają się na reje. Już podziwiamy widoki z pierwszej platformy (ok. 12m), ale to dopiero 1/3 drogi na top masztu. Słabi niech lepiej nie patrzą w dół, bo wysokość i sposób przemieszczania się, może zawrócić w głowie.






Po zmroku Livorno zaczyna naprawdę żyć. Oświetlone portowe miasteczko z rzędem palm na brzegu i odbijające się od tafli wody światło księżyca, tworzą cudowny klimat. W końcu zaczynamy czuć, że opuściliśmy zimną, zaśnieżoną Polskę. Pięcioosobową grupką przechadzamy się głównym deptakiem i zwabieni zapachem pizzy, raczymy się lokalnymi przysmakami, które udaje nam się zamówić mimo lekkich barier językowych. Kolejnym miejscem, w które zawiodło nas dzieło przypadku, była mała kawiarenka, która jednak budziła dookoła wiele emocji. Przepełniona była po brzegi, włącznie ze stolikami na zewnątrz, pomiędzy którymi zaczęli się zbierać ludzie z najróżniejszymi instrumentami. Zaciekawieni, zajadamy pizzę na brzegu pobliskiej fontanny, czekając, do czego doprowadzi to spontaniczne zbiorowisko muzycznego fachu. Już po chwili blues zaczyna rozbrzmiewać w wąskich, kamiennych uliczkach. Niebo jest bezchmurne, a klienci popijają wino i kołyszą się do rytmu w oparach dymu. Mogłabym tam siedzieć do rana i wsłuchiwać się w te porywające dźwięki. U nas życie miejskie tak nie wygląda. Niestety trzeba wracać na pokład, bo zaczynamy od północy wachtę trapową, czyli pilnowanie, aby nikt niepożądany nie pałętał się po pokładzie.


W ramach szkolenia mamy także zapoznanie się z pozycją zwaną „oddawanie hołdu Neptunowi”, czyli przewieszenie się na burcie tak, żeby bezpiecznie zażywać przyjemności ewentualnej choroby morskiej. Niestety okazuje się ona bardzo przydatna, gdy wieczorem wypływamy poza falochron i zaczyna porządnie bujać. Dla takich szczurów lądowych (lub mazurskich) jak my, ciężko przyzwyczaić się do nowych warunków. Za wszelką cenę staram się utrzymać obiad w brzuchu, jednak moje modlitwy nie zostają wysłuchane. Pierwsza noc jest ciężka. Wiemy jednak, że morze to nie miejsce dla mięczaków, więc traktujemy to jako wypróbowywanie w praktyce znanego powiedzenia – co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. 










sobota, 3 kwietnia 2010

pałac



Moje ostatnie odwiedziny w dziupli zmieniły się w wędrówkę. Wędrówkę po pałacu. Pałacu ludzkiego umysłu. Bo sowa powiedziała, że tak właśnie lubi to sobie wizualizować, że może pewnego dnia znajdę własne wyobrażenie. Ale takie bardzo mi się spodobało. Tym bardziej, że brzmiało znajomo. Gdy jeszcze chodziłam z Coco do szkoły, latem wychodziłyśmy na długich przerwach na dwór i leżąc na trawie z dala od boiska, czytałyśmy na głos rozmowy terapeutyczne. Na początku, gdy mi je pokazała byłam sceptycznie nastawiona. Siedziało we mnie przekonanie, że terapia to coś dla ludzi niezrównoważonych. Tymczasem okazało się, że to jedna wielka zgrabna metafora ludzkich problemów. Przenosząc wszystko do świata wyobraźnie, można znaleźć wiele analogii i wyciągnąć wnioski, na które by się nie wpadło! Rozmowa była o relacjach damsko-męskich i oczekiwaniach kobiety. Że dusza jest jak pałac. Stroi się nie wiadomo jak, by zwabić księcia na białym rumaku, ale w środku mieszka mała dziewczynka, która chce by się nią zaopiekować. A to, czego książę na białym rumaku nie znosi najbardziej, to być zamkniętym w zamku. Trzeba pozwolić małej dziewczynce dorosnąć. To w skrócie o motywie zamku.

Rozmawiałyśmy o rozwoju i pracy nad sobą jak o poznawaniu owego pałacu i pielęgnowaniu go. Pierwszy przykry wniosek był taki, że większość ludzi całe życie zostaje w holu. Wynika to chyba ze strachu, że to, co zobaczą im się nie spodoba. Ale jeśli już ktoś zadomowi się w kilku pokoikach, kuchni i łazience to mu tak dobrze, że kostnieje w przeświadczeniu o sobie. Choć się zmienia, (bo to u człowieka naturalne) nadal ma o sobie takie samo wyobrażenie. A gdy nie znamy siebie, swoimi błędami, których przyczyn nie znamy, możemy ranić innych. Dlatego ja uważam, że zwiedzanie owego pałacu jest bardzo ważne. Trzeba troszkę odwagi by otworzyć drzwi, za którymi nie wiemy, co się kryje. Możliwe, że znajdziemy tam miejsce, w którym będzie nam się żyło dużo wygodniej, lub po prostu będziemy mieć więcej przestrzeni. Z resztą sama istota zwiedzania jest niezwykła. Można odkryć rzeczy, których wcale nie spodziewalibyśmy się znaleźć. To optymistyczna wersja. Co jeśli wszystko będzie zakurzone, a po podłodze będą biegać szczury? Niektórzy od razu po zaglądnięciu przez dziurkę od klucza zwiewają gdzie pieprz rośnie. Ale można mężnie wkroczyć z trutką i odkurzaczem, zrobić porządek. Nie taki diabeł straszny, gdy widzimy go z bliska. A jaka satysfakcja! Niestety sama perspektywa jakiejś pracy nad sobą wielu ludzi odstrasza, ( w końcu jest bardzo ciężka), więc pozostawiają takie zagracone i brudne pokoje wmawiając sobie, że nie istnieją. Ale one gdzieś w nas są. Co jeśli niespodziewany gość otworzy te drzwi? Co sobie o nas pomyśli? A my nie będziemy mogli ratować sytuacji i tylko wzruszymy ramionami. Takie ciemne zakamarki egzystują sobie w nas bez kontroli. Trzeba, więc znać cały pałac by móc je kontrolować, bo tak jak dziecko pozostawione same sobie, rozrabiają.

sobota, 27 marca 2010

jęczące łóżko

Jak najlepiej wyrazić kobiecość? Zapewne jest tyle sposobów, co kobiet. Jedna zrobiła to jednak w sposób bardzo oryginalny i ciekawy. Stworzyła łóżko z czerwonego aksamitu, które w swoim materacu ma 26 otworów. Gdy się położyć i przystawić ucho do jednego z nich - słychać kobiecy głos - w każdej dziurze inny. Śmiechy, jęki, szlochy, westchnienia... Wywołało to we mnie zdziwienie i śmiech rozbawienia - kolejny dźwięk do kolekcji.

Takie dziwactwo zwane sztuką zobaczyłam dziś z kolegą w Zachęcie. Tak duży zbiór kontrowersji spowoduje zapewne burzliwą dyskusję i to, że więcej nie zjecie banana.

Zachęcam.

piątek, 19 marca 2010

w dziupli

Odwiedziłam ostatnio moją nową znajomą – sowę. Mieszka w bardzo przytulnej dziupli. Na moje szczęście, żywi się różnorakimi ziarenkami i krówkami, więc i w kwestii menu dobrze się zgrałyśmy (robaków ani myszy na podwieczorku bym nie zniosła). Podczas naszej ostatniej rozmowy opowiedziała mi ciekawą anegdotkę a propos podejścia polskiego społeczeństwa do kwestii „porażki”.  Podobno wysłali do Polski, bodajże z Holandii, kobietę, która miała przeszkolić pracowników jakiejś firmy. Niestety nie spotkała się z aprobatą i w krótkim czasie jej warsztaty upadły.

Czy wróciła do swojego kraju z tarczą, czy na tarczy? Polak powiedziałby, że na tarczy – przecież nie udało jej się osiągnąć celu. Jednak nie wszyscy mają takie podejście. Choć nasze wydaje nam się oczywiste, bo tak zostaliśmy wychowani, można inaczej, bardziej ludzko i optymistycznie. Szef owej trenerki obsadził ją na stanowisku konsultanta dla instruktorów wyjeżdżających do Polski prowadzić szkolenia. Dzięki temu, mimo że jej się nie powiodło, może dzielić się doświadczeniami z tamtych realiów. To się nazywa prawidłowe podejście do sprawy!

My jesteśmy nauczeni, żeby nie wyciągać wniosków z własnych błędów. Choć powtarzane nam jest inaczej, w praktyce sami temu zaprzeczamy. Przecież wyciąganiem wniosków z porażek nie jest postawienie się w pozycji przegranego, ale ciągle uczącego się. Prawidłowym podejściem jest traktowanie „porażki”, jako wyzwania, okazję by nauczyć się czegoś nowego. Trzeba podjąć tę rękawicę, a nie pokornie uznać przegraną, bo TO jest tchórzostwo. Gdyby wszystko nam się od razu udawało, oznaczałoby to, że nie weszliśmy na kolejny stopień tylko stoimy w miejscu. Jeśli coś nam nie wychodzi to oznaka jedynie, że stawiamy sobie wyżej poprzeczkę, że wpłynęliśmy na nowe, nieznane wody, które dopiero trzeba okiełznać. 

piątek, 5 marca 2010

THIS IS IT

 W końcu spokojny wieczór. Ale jako że fascynacja mojego braciszka nie zna granic i musi uszczęśliwić (choćby na siłę) także wszystkich dookoła, miałam okazję obejrzeć w końcu film o Michaelu Jacksonie. Na seans zasiedliśmy tylko we dwójkę, bo mama niestety niepohamowanie się wzruszała już na wstępnej ckliwej muzyczce i ujęciu uśmiechniętego Michaela.
 Choć był to tylko montaż skrawków archiwalnych filmików - można było poczuć tę magiczną atmosferę. Atmosferę innego świata, braterstwa i osiągania rzeczy niewyobrażalnych, jaka zawsze otaczała MJ. Smutek ściska na samą myśl o tym, że wszystkie przygotowania, dopięte na ostatni guzik występy, które miały powalić miliony na kolana i włożona w to pasja, pójdą na marne. Że to show nigdy nie ujrzy światła reflektorów.
  
 MJ jest tam pokazany w samych superlatywach. Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko spreparowane, ale przecież to nie było reżyserowane, a ludzie wypowiadali się o pracy z nim bardzo szczerze. Chyba dostaliśmy unikalne okienko do zajrzenia w tę rzeczywistość, która, powiedzmy sobie szczerze, jest dla nas jedynie sferą marzeń lub wyobraźni. (Ten fakt potrafi wprawić w depresję, gdy się rozejrzeć, ale skupmy się na wyciąganiu wniosków.) A co tam było widać? Człowieka sympatycznego, przyjacielskiego, zabawnego, pomysłowego i z wielką pasją i magnetyzmem, przyciągającym ludzi w każdym wieku. 
 Swego czasu widziałam także film dokumentalny, gdzie osobisty dziennikarz Michaela jeździł za nim, filmował jego życie prywatne i zadawał mnóstwo (często bezwstydnych i nietaktownych) pytań. Po obejrzeniu całego materiału miałam mieszane uczucia. Wielki artysta wydawał się być kłębkiem zszarganej psychiki. Jak sam siebie nazywał - Piotruś Pan, chłopiec, który nigdy nie dorósł. Takie też sprawiał wrażenie. Robił jednak wiele dobrego i mimo wszelkich plotek i napaści na niego, podchodził do wszystkich z miłością i jakby z przebaczeniem. Czy właśnie to nie jest prawdziwa siła charakteru? Ludzie mają różne problemy. Niektórzy błahe, choć uważają, że to koniec świata, inni zmagają się z poważnymi. Ale nic nie jest usprawiedliwieniem na to jakimi ludźmi jesteśmy. Bo tę siłę, do zmiany siebie na lepsze, czerpiemy z wnętrza i nikogo nie obchodzi przez co musieliśmy przejść, żeby dotrzeć tam, gdzie jesteśmy. Użalanie się nie jest dobrą drogą; z resztą zawsze znajdzie się ktoś, kto ma gorzej. Tu chodzi o nasze podejście. Nie to, co się dzieje, ale jak to odbieramy i jak traktujemy innych. Niektórzy wyżywają się roztaczając ostentacyjnie swój beznadziejny nastrój, żeby podkreślić niby to swoją odporność na trudne życie (podczas gdy to właśnie oznaka słabości). Michael mimo wszystko podchodził do ludzi niezwykle życzliwie, ciągle podkreślał jak ważna w naszym życiu jest miłość. Miłość ogólnie pojęta - do bliźnich. Bo po co nakręcać wspólnie koło depresji podczas gdy możemy tyle zrobić dla siebie nawzajem? Nawet drobnymi gestami! I tego powinniśmy się od niego uczyć. M I Ł O Ś C I .

poniedziałek, 8 lutego 2010

przysłowie

Tylko jak ono brzmiało? Coś o wysyłaniu dobra do ludzi, a ono wróci ze zdwojoną siłą... Mniejsza z tym, w każdym razie to bzdura. Oczywiście zależy na kogo się trafi, ale z reguły ten świat jest na tyle niesprawiedliwy, że ci, którzy na coś zasługują, nie dostają tego, a ci nieuczciwi i beznadziejni chwytają to garściami. Wszystko jest kwestią łutu szczęścia i niczego więcej. Inna sprawa jeśli samo dawanie sprawia radość (to chyba jedyny powód dzięki któremu Bezinteresowność nadal istnieje), ale to inna kwestia.

Bo dążyć do bycia Dobrym, to jak być najlepszym fotografem na świecie - robisz cudowne zdjęcia, ale sam żadnego nie masz, bo nikt nie jest w stanie zrobić tego tak jak ty byś sobie to wyobrażał.

Czasem odczuwa się pewien żal, bo mimo że tyle z siebie dajemy, zdaje się jakby nikt nie chciał lub nie był w stanie odwzajemnić się tym samym.

niedziela, 7 lutego 2010

pogoria


Chcę mieć nadzieję, że jednak nie mam choroby morskiej.

Choć podobno na początku wszyscy... ją mają.

Jak to jest żeglować, nie widząc lądu na horyzoncie?

Wywołuje to uczucie wolności, czy paniki?

Już niedługo się przekonam.

sobota, 6 lutego 2010

trybik

Otacza mnie tyle wspaniałych rzeczy! Napawam się nimi, ale uświadomiłam sobie, że ten dorobek kultury, z którego tyle czerpię, to nic innego jak historie i dokonania innych. Mam wrażenie, że tyle z nich wynoszę, ale tak na prawdę są źródłem jedynie marzeń (nie zawsze możliwych do spełnienia) i chęci, rzadziej czynów. Czas stworzyć coś swojego, mieć świadomość i satysfakcję z bycia częścią tej kultury i świata a nie tylko biernym obserwatorem. Trybikiem w tej wielkiej maszynie, napędzającym ją do przodu, kimś istotnym.

Tylko którą drogę wybrać?

W dawnych czasach kobiety nie miały swoich praw, ale przynajmniej znały swoje przeznaczenie. Nie żeby taki stan rzeczy mi odpowiadał, ale to zwalniało ze wszystkich życiowych dylematów, trudnych decyzji i poczucia odpowiedzialności za nie.

poniedziałek, 1 lutego 2010

wampirzo

Wykorzystując tę upartą zimę, postanowiłam wycisnąć z niej nieco artyzmu i zrobić kilka zdjęć. W końcu wszechobecna biel tworzy z nami ciekawy kontrast.  ;)

                             fot. Krzysztof Oraczewski

poniedziałek, 25 stycznia 2010

UWAGA! Sztuka!

Wspominałam ostatnio o pewnej polskiej malarce. Oczywiście wszystkich to wielce zaintrygowało i nie mogli zapewne spać po nocy, ale nie martwcie się! Oto ukrócę Wasze cierpienia! Chodzi o Zofię Stryjeńską! Napięcie opadło? A może nadal nie wiecie o kim mowa? No dobra, przybliżę Wam troszkę tę postać. Była najbardziej znaną polską artystką dwudziestolecia międzywojennego, reprezentowała nurt art deco. Był on odpowiedzią na wcześniej panującą secesję. Charakteryzował się zgeometryzowaniem i bardzo zróżnicowanymi, intensywnymi barwami. Artyści próbowali nadać rzeczom codziennego użytku ciekawą formę i niebanalność, aby były dostępne szerszej grupie odbiorców. Inną bardzo popularną autorką dzieł w tym stylu była Tamara Łempicka, której obraz - "Portret młodej kobiety w zielonej sukience" - rozpoznają chyba wszyscy. 

Zofia żyła w latach 1891-1976. Oprócz malarstwa zajmowała się też projektowaniem tkanin, zabawek dla dzieci i ilustracją książek. Najbardziej znana jest z cykli obrazów: Cykl bożków słowiańskich, Pastorałka, Pory roku, czy Tańce polskie. Dzięki poruszaniu tematów związanych z tradycjami i wierzeniami Słowian, została uznana za prekursorkę rodzimowierstwa słowiańskiego, czyli wierzeń etnicznych, oczywiście traktowanych tylko jako tematyka historyczna i kulturoznawcza (do wierzenia w wielką moc Marzanny, czy Dziedzilii, z tego co wiadomo, nikogo nie namawiała). 

Są to według mnie bardzo ciekawe prace. Przykuwają swoją bajkowością i życiowymi tematami za razem! Sami zobaczcie: 







Takie prace rzeczywiście zwracają uwagę na to, że słowiański folklor też może być bardzo ciekawy. A co właściwie o nim wiemy? Zapewne, przeciętnie, tyle co nic. Zwykle tak się dzieje, że to, co nas otacza na co dzień wydaje się mniej interesujące, ale może to tylko złudzenie?






niedziela, 24 stycznia 2010

Malczewski

Jako, że większość ciekawych rzeczy w naszym życiu zaczyna się zupełnie przypadkowo - moje zainteresowanie twórczością Jacka Malczewskiego zostało spowodowane komentarzem mojego taty, któremu mój avatar przypominał właśnie specyficzny styl tego malarza Młodej Polski.

Pozwoliłam sobie przygotować odpowiednio powód ;)



Wtedy zaczęłam szukać i oglądać reprodukcje. Ciekawa sprawa. Polscy artyści są mało promowani. Dlatego, aby wiedzieć coś więcej na temat sztuki trzeba szukać na własną rękę. 

Kolejny zbieg okoliczności rzucił mi w łapki 'metro' i zobaczyłam informację o wystawie Malczewskiego w Muzeum Narodowym! Od ekscytacji i planów, przeszłam szybko do rzeczy. I owocem tego było dzisiejsze popołudnie. Razem z tatą, który, co by nie rzec, na sztuce się zna, wnikliwie obejrzeliśmy i przedyskutowaliśmy każdy obraz na wystawie.

Z moich obserwacji wynika, że w twórczości Malczewskiego bardzo ważnym elementem są kobiety. Są głównymi postaciami, ale też symbolami, antropomorfizacją ważnych dla artysty kwestii. Przybierały postacie muzy, chimery, harpii, Polski. W wielu obrazach występuje także motyw faunów, które miały oznaczać samą sztukę (jak w "sztuka w zaścianku"). Łatwo zauważyć też, że miał swoje ulubione modelki, bo bywa, że pięć kobiet w jednej kompozycji ma takie same rysy! To prawdopodobnie jego żona i siostra. Może były zazdrosne i nie pozwalały mu malować nikogo innego? Kto wie, w końcu dość często zdarzało mu się malować nagie piersi.

Potem obkupiłam się pocztówkami z reprodukcjami, ale to już inna kwestia. Czuję się świetnie! Uwielbiam takie kulturalne wypady. Robię coś przyjemnego i pożytecznego zarazem, poszerzam horyzonty!  Polecam (w soboty wstęp wolny) <3

Więcej o Panu M. możecie dowiedzieć się tutaj:



Kolejny przypadek rzucił mnie do sklepiku z pamiątkami i poznałam specyficzne dzieła pewnej polskiej malarki, ale o tym kiedy indziej.

piątek, 22 stycznia 2010

♪ ♫ ♪♫ ♪ ♪

Zaczęły się przygotowania do występu walentynkowego! 
Jeśli ktoś twierdzi, że w szkole nie może być ciekawie i przyjemnie, to na pewno nie próbował wszystkiego. Troszkę egoistycznie, ale nie zależy mi najbardziej na samym koncercie, tylko na próbach. Bo tak radośnie spędzony czas w gronie miłych i kreatywnych ludzi to coś wartego wyciśnięcia każdej minuty! A muzyka to coś, bez czego nie mogłabym żyć. Jako jedna z niewielu rzeczy (przy odpowiednim repertuarze) potrafi natychmiastowo poprawić mi nastrój i wyzwala niepohamowane pokłady radosnej energii!




czyż te piosenki nie są optymistyczne? 
od razu ma się na wszystko ochotę!















poniedziałek, 18 stycznia 2010

wspomnienia z Ostendy

 Rozprawiłam się w końcu z pierwszym opowiadaniem Schmitt'a, ze zbioru "Marzycielka z Ostendy", który dostałam na święta od Coco. Początkowo zmyliło mnie swoją sympatyczną zwyczajnością, choć czułam, że coś mnie z nim wiąże, że jest w nim coś magicznego. I nie pomyliłam się. Ładnie brzmiąca nazwa miasta, gdzie toczy się akcja tytułowej historii przywoływała z początku tylko niewyraźny obraz wspomnień. Z czasem, wciągając się w ten świat, coraz bardziej podejrzliwie wnikałam w zakamarki pamięci. Po odpłynięciu błogiego nastroju rozmyślań, zainspirowanych owym opowiadaniem, wygrzebać z pudełka ze starymi dziennikami fragment brudnopisu z wyjazdu rodzinnego do Belgii. Na marginesie widniał dumnie, nakreślony pod wpływem nagłej zachcianki, napis 'Ostenda', ozdobiony rysunkiem muszli i wodorostów. Bo tak skojarzyło mi się to chłodne miasteczko nad Morzem Północnym, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy.

Choć wizja Ostendy z "Marzycielki.." znacznie różni się od tej, zapamiętanej przeze mnie, zafascynowała mnie na sobie tylko znany sposób; niczym głównego bohatera - panna Emma Van A. oraz jej zadziwiająca historia.

Zalały mnie urywki chwil, spędzonych w różnych miejscach Belgii i poczułam tęsknotę. Jak łatwo i szybko ulatują z nas wszystkie detale! Wcześniej karmiłam się nadzieją, że może uda mi się jeszcze raz zobaczyć starą, brukowaną Brukselę, czy zbadać uliczki wietrznej Brugii, gdy odwiedzę dziadków w Tervuren. Ale oni przeprowadzili się już z powrotem do Polski i jedyna łącząca mnie z tamtym światem nić - urwała się.

OSTENDA lipiec '08 

"Nasza druga większa wycieczka. Kurs - Ostenda! To przesiąknięte zapachem ryb miasteczko ma piękną szeroką plażę Morza Północnego, które widziałam pierwszy raz w życiu. Innych odstrasza zimna woda, ale ja uwielbiam ten klimat! Morska bryza, piasek, obmywająca stopy woda i mewy spacerujące beztrosko, jakby miały w nosie resztę zwiedzających..w końcu to ich teren. To bardzo w moim stylu (choć brzmi w jakimś stopniu oklepanie poetycko). Różnice poziomu wody są tu ogromne, nie to co w Bałtyku. Mama z niedowierzaniem patrzyła na dno zatoki portowej, gdzie kilka metrów wyżej jest wyraźnie zarysowana glonami linia wody w czasie przypływu. 

Podczas odpływu, morze odsłania rozległą plażę, na której porozrzucane niedbale leżą obrośnięte niezidentyfikownymi glutowatymi substancjami skały. Pomiędzy nimi znaleźliśmy całą gromadę maleńkich stworzeń, które, z przytwierdzonymi do siebie najróżniejszymi muszelkami, pływały niezgrabnie w kałużach ocieplonej słońcem wody. Przynajmniej tam, nie miało się wrażenia, że stoi się w samym środku burzy piaskowej. Spacer po tej zimnej plaży był bowiem swoistym peelingiem (dla masochistów), bo przez silny wiatr (momentami baliśmy się, czy nas nie zwieje) piasek zacinał po łydkach z zadziwiającą mocą. To chyba było powodem, którego moi rodzice sprytnie użyli jako argument, żeby stamtąd zwiać. Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu, oczywiście. (...)

Reszta dnia minęła nam bardzo szybko, m.in. na próbowaniu miejscowych krewetek, które chyba z krewetkami niewiele miały wspólnego oraz spacerze promenadą, która dla mnie bardziej kojarzyła się z osiedlem niż naturą, ale niestety ludzie lubią się wciskać tam, gdzie jest zbyt ładnie. Na moją ukochaną plażę, oczywiście już nie zdążyliśmy wrócić. Jedyne co mi zostało to kieszeń bladych muszelek i włosy nasiąknięte solą do granic możliwości."

Problem z wycieczkami w większej grupie jest taki, że zwykle nie można robić tego, na co na prawdę ma się ochotę.

Moje marzenia o podróżach momentami bolą, bo to takie typowe dla młodych, którzy "mają jeszcze całe życie przed sobą" i tyle chcieliby doświadczyć. A na prawdę nielicznym te mgliste plany udaje się spełnić. Przeglądanie National Geographic Traveler, czy Voyage, bynajmniej nie pomaga. Na dokładkę - blog Karoliny i Sebastiana (który mam w czytanych) i umarł w butach! Rozmyślam o  niebieskich migdałach dopóki ktoś brutalnie nie strąci mnie na Ziemię. Nawet podróżowanie samotnie by mi nie przeszkadzało, mogłabym napawać się tym, co mnie otacza i poznać życie gdzie indziej, z zupełnie innymi ludźmi.

a to kilka zdjęć, które zrobiłam w tym belgijskim porcie:



niedziela, 17 stycznia 2010

Powroty

Wyjazdy szkolne to małe uczniowskie pułapki. Próbując się zintegrować i jak najlepiej spędzić wspólny czas, sami zamykamy się w błędnym kole. Przyzwyczajając się w jakimś stopniu do życia w grupie, z pewnymi ludźmi - wcale nie chce się potem wracać do domu. Nie dość, że odczuwa się specyficzną samotność, powrót  do starego trybu życia denerwuje.

czwartek, 7 stycznia 2010

wyłaniając się z ciemności


































fot. Tomasz Gasiorowski firma FaxoncolorTG


Zdjęcie zostało zrobione na wernisażu mojego szanownego taty, akompaniuje mi tu pięknie Bartek Alber :)