Odłączyłam kabel, odstawiłam szafę, zrobiłam herbatkę, kupiłam marchewkę.
Co to oznacza? Nie wystawiam się na pokuszenie (bo wywnioskowałam, że stałe łącze internetowe to bliska do przekroczenia granica zaginania się czasoprzestrzeni, która w przedziwny sposób pochłania wolny czas), w końcu dojrzałam do porzucenia chorych ambicji, zrelaksowałam swoją duszę, zdystansowałam i przyjmuję taktykę zachęty do pracy. Ot, moja metamorfoza dalej postępuje.
Rozwijając kwestię szafy. Ostatnio z Panią Sową zwizualizowałyśmy mój problem permanentnego braku satysfakcji życiowej (tej długodystansowej). Ten obraz wywołał we mnie niepohamowany śmiech, a Pani Sowa stwierdziła, że to najlepszy dowód na to, że trafiła w sedno. Proszę sobie wyobrazić Antoninę – masochistkę dźwigającą na swoich barkach wielką, ciężką szafę z mnóstwem szuflad (to moje ambicje). Zamiast rozsądnie odłożyć ją na bok i codziennie sięgać do jednej szufladki, co robi Tosia? Mówi: „tak! Dawaj jeszcze jedno do szuflady! Udźwignę, a co tam! ”. Uciszam głosy mówiące, żebym dała sobie spokój, słucham jedynie tych podtrzymujących mnie w przekonaniu, że moje męczeństwo służy jakiemuś celowi. Ale tak między Bogiem a prawdą (jak to mówi kochana Pani Cz.) jest to zwykłe zakładanie klapek na oczy. To tak jakby moje przyjaciółki - Podświadomość i Dusza – stały obok i doradzały zdjęcie tej nieszczęsnej szafy ze swoich barków. Jednak Antonina – masochistka słucha tylko tłumu skanującego: „Powinnaś dalej dźwigać tę szafę, jak każdy, inni mają większe i dają radę!” Ale czy ktoś powiedział, że większość ma zawsze rację? Chyba powiedział… Ale jest też coś takiego jak dobro jednostki i szczere intencje. Bezosobowy tłum chyba nie pragnie mojego szczęścia, tak sobie myślę.
Tak to już jest, zawsze myślimy z jakiejś perspektywy. Zwykle nie takiej, która pozwoliłaby nam zobaczyć istotę sprawy. Dużo rozmyślam, taka moja natura, zwykle nie potrafię wyobrazić sobie chwili, w której moje dylematy się rozwiążą. I nagle coś zaskoczyło. Jestem gotowa.
Razem z Coco stwierdziłyśmy, że ludzie chyba nie chcą być szczęśliwi (taki paradoks ludzkości). Uważają, że cierpiąc są coś więcej warci, bo nie żyją czymś tak błahym i nietrwałym tylko szukają czegoś lepszego (zapewne nieistniejącego). To chyba jakaś psychodeliczna forma męczeństwa. Ale prowadzi jedynie do… chyba wiadomo - przeciwieństwa szczęścia. Jako świadoma tego chorego mechanizmu kobieta powinnam z łatwością zaradzić pojawieniu się go w moim życiu. Co więc czynię? Znajduję szafie wygodne miejsce na widoku, ale nie zbyt blisko, by nie przysłaniała horyzontu. W końcu, jak powiedział Arystoteles – jedyne, na co mamy wpływ to cnoty, które możemy w sobie wykształcić (czyli charakter), reszta to kwestia fortuny.



