wtorek, 6 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. VII

"Nim ostatni akord wybrzmi już
na pustej scenie nieme staną mikrofony.
Ostatni raz śpiewamy dziś
dla wszystkich morzem urzeczonych." 


"Pożegnalny ton"


Rzeczony tort oraz sernik były rodzone w bólach. Nie łatwo bowiem panować nad czymkolwiek o płynnej konsystencji... Rezultat? Mnóstwo latających przedmiotów, zapieczony od środka piec, dużo irytacji i śmiechu. Głównym nadzorcą była Marta, a pomagałyśmy jej ja i Mary oraz okolicznościowo ochotnicy z innych wacht. Każdy chciał się przyłączyć do tak szczytnej akcji!




Przychodzi czas na inne symboliczne pożegnania. 
Michałowi, naszemu oficerowi, przygotowujemy pamiątkową koszulkę.


Na koniec jeszcze raz wybieramy się na lody. Wszyscy dziwnie na nas patrzą, bo zajadamy je w koszulkach z krótkim rękawem, podczas gdy Włosi noszą kurtki. Przy okazji takiej wyprawy łatwo zaobserwować jak innym, otaczające ich piękno, spowszedniało. To właśnie urok podróżowania – można podziwiać najróżniejsze miejsca i nie pozwolić sobie do nich przywyknąć, bo wtedy ich blask blednie w naszych oczach. W naszych wspomnieniach pozostanie jednak jasny na zawsze. Zabieramy już swoje rzeczy i pakujemy wszystko do autokaru. Przyjechała nowa załoga.

wachta no. II






poniedziałek, 5 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. VI

AQUARIO DI GENOVA




Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Genui. Tamtejszy port nie należy do atrakcji turystycznych, jest szary i betonowy, pełen wielkich czarno - rdzawych barek, statków i holowników. Całe miasto znacznie różni się od tych, które odwiedziliśmy podczas rejsu. Wszędzie pełno czarnoskórych sprzedawców podróbek Louis Vuitton (to by wyjaśniało dlaczego co dziesiąta Włoszka nosi torebkę tej marki) i niebezpiecznie wyglądającej młodzieży wszelkiej maści. Nawet rzeźba na placu portowym jest bardzo ekscentryczna. Jednak każdy znalazł coś dla siebie. Ja zwiedzałam dokładnie miejscowe oceanarium, które jest drugim największym na świecie. Podziwiam wszystko, od malutkich przeźroczystych meduz, przez płaszczki, które miałam okazję pogłaskać, po rekiny i pingwiny (które w wodzie wyglądają jakby naprawdę latały). Przyroda jest fascynująca.





to wspomniana wcześniej przeze mnie ekscentryczna 
dwustronna rzeźba w genuwiańskim porcie

















niedziela, 4 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. V

SANTA MARGHERITA LIGURE


Miejscem docelowym jest Genua, po włosku – Genova. Po odcumowaniu z portu w Monaco płyniemy cały czas wzdłuż brzegu, nie tracąc lądu z oczu. Choć daje to poczucie bezpieczeństwa, a widoki są piękne - serce ciągnie na pełne morze. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kotwicy, żeby zwiedzić małe portowe miasteczko – Santa Margherita Ligure. Na keję dopływamy pontonem, po drodze wbijając się z pluskiem w fale. Oglądamy tam kościół św. Franciszka z Asyżu i pobliską Villę Durazzo z otaczającymi ją ogrodami palmowymi i rzeźbami, gdzie można stracić poczucie czasu. Dla zwieńczenia wszechogarniającej nas sielanki, zjedliśmy prawdziwe, pyszne włoskie lody. 








Miałam tam mały incydent. Teraz się z niego śmieję, ale wtedy wcale nie było mi tak wesoło. Na jakiś czas oddzieliłam się od dziewczyn, które poszyły po zakupy (w planach było przygotowanie tortu z okazji 18-tych urodzin jednej z załogantek oraz jednego z oficerów, choć już nie 18-tych). Niepostrzeżenie zaczął chodzić za mną czarnoskóry jegomość w średnim wieku ubrany w garnitur. Jego wielki uśmiech widzieliśmy już na kei, ale nikt nie miał pojęcia kim mógł być. I tym razem podejrzanie rozpromieniony od ucha do ucha, wołał za mną "ciao bella!". Przestraszona udałam zainteresowanie pierwszym napotkanym sklepem. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego prozaicznego ryzyka samotnego podróżowania. 

















Ad. Część zdjęć autorstwa Janka P

sobota, 26 czerwca 2010

Nauczyciel muzyki

Chwilami marzyła by stać się fortepianem. Czuć na swoich klawiszach muskanie jego zwinnych palców. Uwielbiała jego dłonie – długie i smukłe, lecz nadal bardzo męskie – dłonie pianisty. Lubiła patrzeć gdy jej gra, jakby przeżywał każdą nutkę, zabijał dźwięk, wskrzeszał, podrywał do życia i delektował się jego wybrzmiewaniem wprowadzającym powietrze w drgania. Brała głęboki oddech chcąc jak najdosłowniej należeć do jego świata. Choć w duchu śmiała się ze swego zachowania rodem z taniego romansu, te chwile jego obecności, gdy czuła bijące od niego ciepło tuż obok siebie na pufie, warte były zniesienia każdej kpiny.

- A teraz powtórz – uśmiechnął się zachęcająco, ale ona znów odpłynęła. Nawet nudne pasaże w jego wykonaniu przenoszą ją do innego świata. Świata biało-czarnej pieszczoty.
- Dobrze – odparła, wpatrując się w niego dłużej niżby wypadało potulnej uczennicy. Starała się tak o sobie myśleć. Choć od relacji nauczyciel – uczeń było im daleko, przecież różniły ich tylko cztery lata. Jednak znajdowała w tym określeniu jakąś perwersyjną radość.
Jej palce po raz kolejny omsknęły się na klawiaturze. Znów się pomyliła, co wystarczyło by ją podirytować.
- Chyba za dużo myślisz, co? – spojrzał na nią wymownie, lecz w odpowiedzi zobaczył jedynie spąsowiałe policzki. – No już mała niezdaro, pomogę Ci – chwycił ją w talii i posadził sobie na kolanach. Teraz poczuła gorąco nie tylko w policzkach. Jego oddech łaskotał jej szyję, a dłonie przylgnęły do jej rąk, usiłujących niezdarnie, już całkiem trzęsąc się z podniecenia, zagrać od nowa pasaż. Wybrzuszenie na jego spodniach wbijające się delikatnie w jej pośladki pod cienką sukienką, nie ułatwiło jej skupienia się na graniu. Przez chwilę prowadził jej dłonie po klawiaturze.

Nawet nie zauważyła kiedy zapadła cisza. Cisza gęsta od pożądania i przelatujących frywolnie przez umysł myśli. Był mistrzem w graniu na różnych instrumentach. Także na kobiecym ciele. Wiedział gdzie i kiedy dotknąć by wydobyć najpiękniejszy dźwięk. Preludium wykonywane na jej żebrach brzmiało rozkosznie. Wykonywał go z charakterystyczną  dla siebie pasją. Tym razem wibracje czuła nie tylko w powietrzu, ale całym swoim ciele. Fala gorąca rozchodziła się od jej brzucha, jak tsunami, wznosząc się i opadając, dostając kolejne impulsy, wzmagała wrażenie. Czy powinna czuć się nieswojo? Może zawstydzona? Ale w jej biało-czarnym świecie to był nie pierwszy raz. Pozwoliła mu więc grać dalej i wieść swoje dłonie, jak przystało na grzeczną uczennicę. Siedząc nadal na jego kolanach, nie widziała jego twarzy, ale i tak czuła, że błogo się uśmiecha. Zaplatające się na jej talii silne ręce zrodziły kolejną falę gorąca. Już wiedziała, co się stanie.
Polifonia westchnień.
Harmonia ruchów.
Coda.

wtorek, 22 czerwca 2010

Hołd dla Neptuna cz. IV


W 100% ZURBANIZOWANE



  To uczucie, gdy dostrzegamy upragniony ląd, jest niezwykłe. Prawie jakbyśmy odkrywali nowy kontynent! Bądź, co bądź, dla nas to nowa kraina. To, co wzięliśmy za szare chmury w oddali, okazują się być szczytami gór. To Alpy! Z daleka, zabudowa Monte Carlo wygląda jak porozrzucane na wzgórzu białe klocki LEGO. Zbliżamy się do stolicy Formuły 1 i Casino Royal. To małe księstwo, nie dość, że jest w 100% zurbanizowane, nie ma żadnego podziału administracyjnego – jest księstwo… i już. Prawie jak Watykan, tylko wersja rozrywkowa. To miasto nie spodoba się sknerom i wielbicielom spokoju. Pełno tu zarówno willi, jak i drobnych kamienic, czy osiedli. Z tą różnicą, w porównaniu z naszymi osiedlami, że te mają pod oknami ogrody palmowe i wszędzie jest bardzo czysto a kierowcy sami zatrzymują się na pasach. Jest tu centrum handlowe w grotach, Zamek książęcy z pięknymi ogrodami, na klifie, oceanarium jak i wspomniane wcześniej Casino oraz słynna motorówka z napisem „WORLD IS NOT ENOUGH”.

 






Tym razem zwiedzamy w jeszcze mniejszym gronie. Wypisujemy pocztówki i podejmujemy pierwsze wyzwanie – kupienie znaczków po francusku na pobliskiej poczcie. Językiem urzędowym jest tu, bowiem francuski. Większość ludności stanowią imigranci z Włoch i Francji. Rodowici Monakijczycy stanowią zaledwie 19% społeczeństwa. Próbując poznać miasto od podszewki wędrujemy wzdłuż i wszerz napawając się, tak odmienną on naszej codziennej. 

Niestety M. uparła się by zobaczyć z bliska kasyno (do którego, przypominam, i tak nie mogliśmy wejść), więc prowadziła nas swoją, na szczęście niezawodną, intuicją na miejsce. Omal się nie zgubiliśmy, ale w końcu dotarliśmy do celu. Było już po zmroku i wszystkie budynki wokół kasyna błyszczały od najróżniejszych świateł. W drodze powrotnej szliśmy przez Exotic Park, gdzie w koronach drzew (a może - w liściach palm) fruwały ćwierkając małe ptaszki. Nie wiem jakim cudem one nie odlatywały. Droga powrotna sama w sobie była wyzwaniem, bo zawędrowaliśmy. Udało nam się jednak znaleźć odpowiedni autobus i podziwialiśmy uliczki zasypiającego Monte Carlo przez szyby.

W nocy znów pilnujemy trapu (kładki, po której schodzi się na ląd), więc mam okazję w ciszy podziwiać śpiące Monte Carlo. Bo choć za dnia jest tak ruchliwie, po 22.00 na ulicach zapada cisza. To mnie zdziwiło - spodziewałam się balowania do białego rana. Wedle tej domniemanej okolicznej tendencji, spędziliśmy prawie całą noc na rozmowach.

Zaczynamy odczuwać w powietrzu smutną atmosferę. To nie tylko, dlatego, że opuszczamy Monte Carlo (gdzie zapewne większość załogi wydała prawie całe oszczędności), ale oznacza to także, że nasz rejs dobiega końca. Właśnie, gdy już przywykliśmy do życia na morzu.





























wtorek, 1 czerwca 2010

~ Taiwan Aboriginal Tribes ~

Niektórzy wiedzą jak mnie uszczęśliwić  ;)

Dostałam dziś przesyłkę od Hitokage 
- mojej tajwańskiej korespondentki.
Jako że zna moje zafascynowanie jej lokalną 
kulturą, znalazła dla mnie ciekawą pocztówkę. 
Jej faktura jest miękka i gładka, prawie jak papier 
czerpany, czego niestety nie widać na skanie.
Na rysunku, ułożona z najróżniejszych tradycyjnych wzorów 
tajwańskich, widnieje Formosa, czyli po prostu wyspa Tajwanu. 

 
<3

piątek, 14 maja 2010

reasumując: ludzki defekt

Podczas lektury mojej nowej ulubionej książki natrafiłam na słowa, które są idealnym podsumowaniem - ludzkiego permanentnego braku zadowolenia - z różnych punktu widzenia.

Zauważyłam też, że ludzie mają niezbędną i zarazem niesłuszną potrzebę identyfikowania się z jakąś grupą.

 Ten defekt ludzkiej kondycji „…upraszczając sprawę, mogę nazwać bolesną nieumiejętnością podtrzymywania stanu zadowolenia.  Różne szkoły filozoficzne na przestrzeni stuleci znalazły rozmaite wyjaśnienia dla tej najwyraźniej wrodzonej ludzkiej niedoskonałości. Taoiści zwą ją nierównowagą, buddyści niewiedzą, islam naszą niedolę tłumaczy buntem przeciwko Bogu, a tradycja judeochrześcijańska  wszystkie nasze cierpienia wywodzi od grzechu pierworodnego. Freudyści utrzymują, że czujemy się nieszczęśliwi  w wyniku nieuchronnego zderzenia naturalnych popędów z wymogami cywilizacji. (…) Jogini  mówią natomiast, że niezadowolenie jest prostym przypadkiem pomylonej tożsamości.
„JEDZ  MÓDL SIĘ  KOCHAJ”

Gdy czytałam ten fragment, z zaskoczeniem spostrzegłam, że freudyści skondensowali w tym zgrabnym określeniu moje rozmyślenia o przyczynie sprzeczności naszych pragnień w kwestii Państwa Rozumu i Chemii! Pomyślałam – jestem freudystką! Ale chwila, chwila. Instynktownie chce się z czymś utożsamić. Dlaczego? Przecież wcale nie jestem freudystką, sama doszłam do takich wniosków. Ja jestem… TOSISTKĄ. I już. Jestem indywidualnością i nie  muszę   podpisywać się pod jakąś grupę. Po prostu jestem. Co nie zmienia faktu, że cały czas obserwuję, jestem otwarta i rozmyślam. Nieustannie wprowadzam do mojego równania nowe zmienne. I choć to zwiększa jego trudność, rozwiązuję je z przyjemnością. Bo choć trudno w to uwierzyć – ma swoja logikę. Trzeba tylko przestać myśleć schematami i wykorzystać całą swoją wiedzę.

czwartek, 13 maja 2010

moje słowo

Podczas swojej podróży w poszukiwaniu przyjemności (i uczenia się pozwalania sobie na nią), do Italii, Liz dowiedziałam się od swojego przyjaciela, że każde miasto i osoba ma swoje słowo.

– Nie wiesz, że tajemnica zrozumienia miasta i jego mieszkańców tkwi w poznaniu… tego, co jest słowem ulicy? (…)
Gdyby się potrafiło czytać myśli ludzi, którzy mijają nas na ulicy w dowolnym mieście, odkryłoby się, że większość ma w głowie tę samą myśl. I to właśnie ona jest słowem miasta. Jeśli twoje osobiste słowo nie pokrywa się ze słowem tego miasta to rzeczywiście nie należysz do niego.
- Jakie jest słowo RZYMU? – spytałam.
- SEKS – oświadczył.
- Czy nie jest to tylko stereotyp?
- Nie.
- Chyba są w Rzymie jacyś ludzie, którzy myślą o czymś innym?
- Nie – przekonywał Giulio. – Jedyne, o czym wszyscy myślą przez cały dzień, to SEKS.
- Nawet w Watykanie?
- To co innego. Watykan nie jest częścią Rzymu. Mają tam inne słowo. WŁADZA.
- Można by raczej pomyśleć, że WIARA.
- WŁADZA – powtórzył. – Naprawdę. Ale w Rzymie tym słowem jest SEKS. (…)
- A jakie to jest słowo w Nowym Jorku? – spytał mnie Giulio.

Zastanawiałam się przez chwilę.

- To oczywiście czasownik. Myślę, że OSIĄGAĆ – odpowiedziałam w końcu zdecydowanym głosem. (…)
- A jak brzmi to słowo w Neapolu? – spytałam Giulia, który zna dobrze południe Italii.
- WALKA – oświadcza. – A co było tym słowem w twojej rodzinie, kiedy dorastałaś?
Trudne pytanie. (…)
- Jakie jest twoje słowo?

                                          "JEDZ MÓDL SIĘ KOCHAJ"


Ten fragment bardzo mnie rozbawił. A zarazem sprowokował, abym spróbowała odpowiedzieć na podobne pytania.
Jakie jest moje słowo?

POSZUKIWAĆ? ODKRYWAĆ? TWORZYĆ? IŚĆ DO PRZODU? A może FRUSTRACJA? HUŚTAWKA? AMBICJE? POŚPIECH? PRACA NAD SOBĄ? UŚMIECH? PRZYAJAŻŃ? AKCEPTACJA?

Liz miała rację – to trudne pytanie. Ale kiedy już troszkę lepiej poznałam siebie, jestem prawie pewna, że to słowo to EKSPERYMENTOWAĆ. Uświadomiła mi to Pani Sowa.

A jakie jest Twoje słowo?

środa, 12 maja 2010

bel far niente!

Ludzie uważają, że bratnia dusza oznacza idealne dopasowanie, i tego właśnie wszyscy pragną. Tak naprawdę bratnia dusza to lustro, osoba, która pokazuje ci wszystko, co jest w tobie zdławione, osoba, która zwraca twoją uwagę na samą siebie, żebyś mogła odmienić własne życie. Prawdziwe bratnie dusze to prawdopodobnie najważniejsze osoby, z jakimi mamy do czynienia, bo to one obalają mury, którymi się otaczamy i powodują, że możemy się ocknąć. Ale zostać z bratnią duszą na stałe? Nie. To byłoby zbyt bolesne. Bratnie dusze pojawiają się w naszym życiu, żeby odsłonić przed nami kolejną warstwę nas samych, po czym odchodzą. I dzięki Bogu.”            
                                        „JEDZ  MÓDL SIĘ  KOCHAJ” 
                                                                     Elizabeth Gilbert

 Nagle okazuje się, że nie jestem sama w swoich rozmyślaniach. Choć Liz dochodzi do ważnych wniosków w dużo ciekawszych okolicznościach (Italia, Indie, Indonezja), ale też dużo bardziej dramatycznych (rozwód i zawód miłosny) i poznaje mnóstwo interesujących ludzi, na stronicach swojej książki pokazuje prawdziwą siebie, swoje lęki i słabości. Stopniowo odkrywa prawdziwe cechy swojego charakteru i to, czego pragnie. Nie jest to, bowiem, wbrew pozorom, rzecz oczywista. Przy okazji przydatną umiejętnością jest trafne opisywanie tego, co się dzieje. I dookoła i w nas samych. Uwielbiam tę książkę. Nie mniej – jak w pogrubiającym lustrze widzę swoje dylematy – chęć panowania nad wszystkim (włącznie z uczuciami), bolesna świadomość upływającego czasu, chęć zmiany i dystansu, osiągnięcia spokoju i umiejętności racjonalnego osądu w każdej sytuacji, nie zamartwianie się na zapas i odnalezienie przyjemności w chwili obecnej oraz tego, że na tę przyjemność w pełni zasługuję.

  Mieszkając u dziadków, choćby przez krótki czas, zaobserwowałam, że dzieje się ze mną coś zupełnie innego niż, na co dzień. Mój umysł się wycisza, pozwalam sobie cieszyć się spokojem i otaczającym mnie pięknem i harmonią. Nawet tego musiałam się nauczyć, ale już dojrzałam do tego, by to osiągnąć. Bel far niente – piękne nieróbstwo. Jednak gdy tylko zacznę myśleć o swoich szkolnych zobowiązaniach, tym co powinnam się nauczyć i opanować, ile zrobić – automatycznie czuję w sobie napięcie i martwię się na zapas. Zabraniam sobie tak czuć, odrywam swoje myśli od tego co mi ciąży i pozwalam sobie na relaks. Niestety wiem, że skończy się on w momencie powrotu do szkoły. Dobrze chociaż, że wiem, że moja ostoja gdzieś istnieje. Kolejne wyzwanie – nauczyć się nosić w sobie tę ostoję. Bym mogła zatracić się w niej w każdej chwili, choćby na moment.

wtorek, 11 maja 2010

"JEDZ MÓDL SIĘ KOCHAJ" Elizabeth Gilbert


 To książka, którą teraz czytam, a właściwie, którą się delektuję - zakupiona podczas Międzynarodowego Dnia Książki w empiku. To opowieść o podróży – fizycznej i metafizycznej, w poszukiwaniu siebie. Kobieta po 30-stce znajduje odwagę by zmienić swoje życie i na nowo nauczyć się być sobą.  Niełatwo jest wyrwać się z torów, które z takim trudem układaliśmy. Ale co jeśli okaże się, że nie prowadzą tam, gdzie chcieliśmy dojechać? Czy dalej będziemy nimi ślepo podążać tylko po to by nie uznać czasu poświęconego na ich budowę za zmarnowany? Ludzie często tak robią. Ze strachu, że wykolejenie się będzie zbyt bolesne i nie znajdą innych torów, którymi mogliby spokojnie turkotać. Ale czy nie ciekawiej byłoby pozwolić sobie być pasażerem na gapę? Trochę poczekać, złapać się pędzącego gdzieś w dal pociągu i zobaczyć gdzie nas zawiezie? I ten złośliwy dreszczyk emocji, że konduktor może nas złapać!

Dzięki książkom łapię dystans. Gdy czytam o czyimś życiu, zdaję sobie sprawę z rzeczy niebywale oczywistej (jednej z tych oczywistości o których się zapomina) – że moje obecne życie może się w każdej chwili zmienić, jest tylko etapem, który nie będzie trwał wiecznie (na szczęście/niestety). Moim szczęściem nie jest tylko nauka i szkoła. Szczęście czerpię z siebie, więc gdziekolwiek będę, mogę być szczęśliwa. Dlatego nie ma sensu zanadto przejmować się sprawami, które zajmują nas jedynie przez chwilę (uwaga! Co nie oznacza bagatelizowania ich).

po prostu jedz
              módl się
               i kochaj

poniedziałek, 10 maja 2010

Hitokage & psychodelic world of Salvador Dali

 Od jakiegoś czasu koresponduję z pewną dziewczyną z Taiwanu. Nazywa się Yen-Yu Liu. Co spowodowało zabawną sytuację, bowiem nam, ludziom Zachodu, trudno ocenić dalekowschodnie imiona w kategoriach męskie/żeńskie... Ostatecznie posługujemy się jej pseudonimem - Hitokage. Pisujemy krótkie maile, ale daniem głównym są różne pocztówki -poznałyśmy się przez postcrossing. 
Najnowsza kartka od niej to reprodukcja obrazu Salvadora Dali "Exploading Raphaelesque Head". Opowiedziała mi, że kupiła ją podczas wystawy w Imperial Palace. Tak mi się spodobała, że trochę poczytałam i pooglądałam... Dali miał czasem lekko psychodeliczne wizje, jak na mój gust. 

Podobają mi się jego obrazy: 
od pokazujących postaci niebezpośrednio - poprzez układ innych obiektów na obrazie stwarza ukryte dno - pomysłowo - jak w "The Invisible Man" (1)

takich, które przerabiają rzeczywistość na dziwaczny świat Salvadora Felipe Jacinto Dali, jak portret jego żony "My Wife Naked Looking at her own Body" (2), 

przez ukazujące motywy mitologiczne, jak "Venus with Cupids" (3) i widoki miast, oczywiście w dziwacznym świecie Salvadora Felipe Jacinto Dali (4), 

po te o najbardziej nieprzewidywalnej tematyce, jak "The Great Masturbator" (5)

(1) 
(2)

(3)
(4)

(5)

To się nazywa mieć wyobraźnię. I nasz drogi Sal był tego świadom mówiąc:
"Every morning when I wake up, I experience an exquisite joy - the joy of being Salvador Dalí - and I ask myself in rapture: What wonderful things this Salvador Dalí is going to accomplish today?"




 PS. Natknęłam się też na rysunek, który w jakiś (dziwny Salvadorowo Dali) sposób odzwierciedla metaforę szafy. 






niedziela, 9 maja 2010

Magdalena

Odwiedziłam ostatnio z koleżanką sklep dla plastyków i zaopatrzyłam się w cudny długopis do szkiców. Doznałam weny, więc postanowiłam puścić rysik w ruch i puff! zmalowałam moją przyjaciółkę Magdalenę.