wtorek, 29 grudnia 2009

AVATAR, czyli jak delikatnie powiedzieć ludzkości, że jest beznadziejna

Jako, że człowiek czasami musi odpocząć, błogosławmy ferie. Inaczej skończylibyśmy marnie, zapewne jako kłębki nerwów lub też pesymistyczne kłębki, a tak, można nabrać na powrót sił i entuzjazmu do dalszego życia oraz przy okazji nadrobić nowości kinowe.












W dzień, w którym matka natura sobie z nas zakpiła (wczoraj) i zesłała idealną zimową pogodę, udałam się z Coco na najnowszy film Jamesa Camerona, zapowiadany na wielki hit - AVATAR. I nie zawiodłam się.

Akcja rozgrywa się na planecie Pandora. Fauna i flora stworzone na potrzeby tego świata były zniewalające! Do tego w wersji 3D i Tosia odleciała. Oczywiście ludzie, ze swoją obrzydliwą chciwością, bezmyślnością i upodobaniem do niszczenia wszystkiego, co piękne i naturalne, musieli zjawić się na Pandorze i zmącić jej niesamowitą harmonię i czar swoimi brzydkimi maszynami i niszczycielskim sposobem bycia. Skłoniło mnie to do przemyśleń na temat tego, co ludzie już zdążyli zniweczyć na swojej planecie. Czy zorientujemy się, że jednak natura jest nam niezbędna do szczęścia, dopiero, gdy całkowicie jej zabraknie, czyste powietrze będzie tylko ckliwym wspomnieniem, a gdzie nie spojrzeć - metal i roboty? Ludzie wydają mi się tak zaślepieni swoimi osiągnięciami, że zapominają o tym, co najważniejsze. Marzą mi się nowoczesne, samowystarczalne miasta z ekologicznymi zasobami energii (http://styl-zycia.ekologia.pl/eko-technologie/Miasto-w-100-zasilane-sloncem,8862.html), żyjące w zgodzie ze środowiskiem. Ale czy to się w porę rozpowszechni? Albo czy kiedykolwiek? Po ostatnich lekcjach biologii dręczyło mnie, po co właściwie istnieją wirusy, one tylko niszczą i powodują cierpienie, nie robią nic dobrego. Ale po chwili zastanowienia... To trochę jak ludzie dla Ziemi. Jesteśmy tylko pasożytami wyniszczającymi własne źródło życia. Niestety ludzka mentalność nie nadaje się do recyklingu, ani nawet do wymiany...ale na pewno na złom. Fundacje pro-ekologiczne trąbią o świadomości konsumenta, ble ble ble. A rzeczywistość wygląda tak, że wiele produktów ma znaczek "ECO", jedynie po to, żeby zmanipulować klienta, zmylić go i sprawiać wrażenie dobrych i zaufanych. Tylko po co to wszystko? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o jedno.

Bardzo zbulwersowała mnie ta kwestia. Przecież świat potrafi być taki piękny, czy nie warto o niego zawalczyć? To nie tak, że zaraz wyruszę pikietować przed rybnym o wolność dla szczupaków , rozdam cały swój dobytek na rzecz trędowatych, czy zamieszkam pod mostem na znak sprzeciwu wobec burżuazji i marnotrawstwa (swoją drogą, słyszeliście o freeganach? to ludzie, którzy świadomie wybierają życie na poziomie wyzbytym z luksusów, a nawet jakichkolwiek ułatwień, aby nie wiązało się z marnowaniem czegokolwiek, przez co jedzą jedzenie ze śmietników i noszą stare ubrania. doprawdy szczytna idea. ale lepiej uważać kogo wybieramy sobie za autorytet. w końcu wodę też trzeba oszczędzać...nie chciałabym znaleźć się nawet w pobliżu takiego "gorliwego zbawiciela świata"). Ale sądzę, że to sprawa najwyższej wagi. W końcu  chodzi o losy świata. I wbrew pozorom żaden Superman, ani tak popularny ostatnio w USA Ironman, nie pomoże. Bo w tym dziwnym, niekomiksowym świecie zwanym rzeczywistością, liczy się każdy człowiek i to czego może dokonać.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

nengajo - japońskie kartki noworoczne

Zawsze miło jest dostać kartkę. Szczególnie na święta. Większość osób spędza je w rodzinnym gronie. A co z przyjaciółmi?! Oni nie są ważni? Kartka to mały, ale serdeczny znak, że się o kimś pamięta. Jednak w Polsce ten zwyczaj nie jest zbyt rozpowszechniony. Kojarzy się raczej z czymś sztucznym, nienaturalnym i zupełnie niepotrzebnym.

                                                           ...co innego w Japonii.


U nich, ta tradycja urosła na gigantyczną skalę (ok, komercja się kłania, ale to nadal miłe). Dodajmy, że te specjalne kartki maja odpowiednią tematykę - każdego roku związane są z symbolami zwierząt oznaczających kolejne lata. Wywiązuje się to z kalendarza chińskiego, który jest kalendarzem zodiakalnym, powtarzającym się cyklicznie co 12 lat. Według legendy, przed nadejściem nowego roku , Budda zaprosił do siebie wszystkie zwierzęta. Były jednak zbyt zajęte swoimi codziennymi zajęciami i tylko przedstawiciele dwanastu gatunków zjawili się na wezwanie. Były to w kolejności: Szczur, Bawół, Tygrys, Kot (zwany czasem Zającem lub Królikiem), Smok, Wąż, Koń, Koza, Małpa, Kogut, Pies, Dzik (lub Świnia). "W podzięce za przybycie Budda nadał każdemu z tych stworzeń po jednym roku kalendarzowym. Od tej pory każdy kolejny rok nosi imię jednego z tych zwierząt, jego godło i symbol, a ludzie, którzy w danym roku przychodzą na świat, zostają obdarzeni cechami charakteru i zachowania przypisanymi owemu zwierzęciu." ("Astrologia chińska")

Z racji tak bogatej mitologii i symboliki, ciekawie jest mieć taki drobiazg na własność. Udało mi się skontaktować przez postcrossing z pewną Japonką, która chętnie wymieniła się ze mną noworocznymi kartkami. Rok 2010 to rok Tygrysa, stąd to słodkie stworzonko na pocztówce (kawaii!). Podobno, przeciętny Japończyk wysyła każdego roku średnio 50 kartek! Poczta zatrudnia ok. 360 tys (!) noworocznych listonoszy (zwykle są to, chcący sobie dorobić, studenci), żeby wszystkie trafiły do adresatów na czas - noworoczny poranek. Z naszą pocztą polską byłoby to raczej awykonalne, więc może dobrze, że oszczędzamy sobie takiego małego szaleństwa.  :)

ps. Rok 1993 to rok Koguta, ludzie spod tego znaku są ruchliwi, pomysłowi, lojalni, przyjaźni i wierni, odważni, zapobiegliwi, pracowici, czasem lekko apodyktyczni i pedantyczni, lubią czytać i rozmawiać na wiele tematów...
                          ale to dużo bardziej skomplikowane.

poniedziałek, 30 listopada 2009

haiga


Dla niewtajemniczonych - haiga to połączenie krótkiego wiersza waka lub haiku z obrazem uzupełniającym treść. Wywodzi się oczywiście z kultury japońskiej. Odsyłam do obszernego artykułu dla zainteresowanych: http://www.japonia.org.pl/?q=pl/node/75

Wbrew pozorom, jest w Polsce więcej tworzących w tradycyjnym stylu poezji japońskiej, niż się zdaje. Powstała nawet mała polska antologia haiku! 

To zupełniej inny sposób wyrażania swoich myśli. Gdy już się zacznie dostrzegać świat przez tę poezję, wszystkie emocje przybierają piękniejszych kształtów.

Swoją drogą, to zabawne jak można wierzyć, że da się osiągnąć wszystko a jednocześnie zdawać sobie sprawę ze swojej nieistotności wobec świata. Jesteśmy tacy maleńcy. Jak to ktoś kiedyś ładnie powiedział, jesteśmy tu tylko gośćmi, na chwilę. Ale nadal w swej naiwności, patrząc nocą na zamglony księżyc, wierzymy, że świeci tylko dla nas.

środa, 25 listopada 2009

ni hao Yue-chan!

Stało się !!! Dostałam w końcu odpowiedź z postcrossingu na temat korespondowania. Z racji mojego specyficznego zainteresowania, kandydatów szukałam wśród populacji japońskiej i chińskiej  ^____^

Napisała do mnie dziewczyna o imieniu Hu Yue - jest studentką pekińskiej akademii teatralnej i pisze scenariusze kreskówek! To świetny pomysł,  żeby poznać kogoś z drugiego końca globu, którego życie codzienne i zainteresowania są tak odmienne od naszych! Do tego powiedziała, że może mi pomóc w chińskim! Mam nadzieję, że wszystko się rozkręci - uwielbiam tego typu sprawy.  :)

ming tian jian !

poniedziałek, 23 listopada 2009

Dla A.

Jaki jest sekret ludzi popularnych? Są pewni siebie.
Czy zauważył ktoś, że nie są to zawsze osoby bardziej od innych inteligentne, ani ciekawsze, ani bardziej kreatywne? Ale potrafią absorbować dużo uwagi, lubią być w centrum zainteresowania. Niestety osoby nie tak znane, często uznają to za wyznacznik wartości człowieka. A to zwykła głupota! Najważniejsze to lubić siebie i siebie wyrazić, wtedy wszystkie problemy zdadzą się nagle drobnostkami. A osoby, które to docenią same się znajdą. Trzeba tylko być sobą i czekać na reakcję. Bo może życzliwych i ciekawych ludzi jest więcej niż się spodziewamy, tylko trzeba ich dostrzec. Dlatego też nie wolno zamykać się w ramach jakiegoś myślenia, czy środowiska. Otwarty umysł to podstawa. Inaczej nie ma szans na zmianę na lepsze.

sobota, 21 listopada 2009

135 hoffurodziny




Z okazji 135 rocznicy IX LO, moja klasa, jak zwykle pomysłowa i zaangażowana, postanowiła wystylizować kilka uczennic na hoffmaniaczki jeszcze za czasów pensji! Było dużo zabawy, a wystawa bardzo efektowna. Dziękuję dziewczęta!

czwartek, 19 listopada 2009

kobiety

zagadki, zabawki, podpory, ramiona do wypłakania.

Różnie są odbierane. Ale jedno trzeba im przyznać. To, jaką pozycję osiągnęły - zawdzięczają tylko i wyłącznie sobie. Gdy myślę o tym, jak się żyło np. w starożytności, czy nawet renesansie, wyobrażam sobie życie z perspektywy mężczyzny. Bo inaczej nie byłoby za dużo do wyobrażania... Kobiety nie miały oficjalnie żadnego znaczenia! A jak dowiedziałam się, że Arystoteles uważał, że kobieta to nie człowiek, to już w ogóle oniemiałam.  Jak można być takim ignorantem?!

Jak to się stało, że kobiety teraz walczą o równouprawnienie i są całkiem blisko celu (choć nie wiem, czy ten cel kiedyś w pełni osiągną, ani nawet czy tego właśnie chcą)? Jak długą i ciężką drogę musiały przebyć, żeby teraz ktoś chciał ich wysłuchać i nie traktował jak kogoś gorszego (bo wbrew temu jak NIEKTÓRZY myślą, wcale nie mamy względnie mniejszych mózgów)?  Tego nie wie nikt. Bo na historii o tym nie wspominają. Historia to dzieje spisane ręką, tak na prawdę, bardzo subiektywną. Dodajmy, zwycięską. Bo to mieszanka, wielkiej polityki, krwi, rozwoju kultury i oszustwa.

Kobiety były gdzieś głęboko, wmieszane mimowolnie w ten męski świat, którzy sami mężczyźni chyba uważali za zbyt brutalny by dać w nim przewodnictwo "słabej płci". Ale jak widać ta zwyczajowa nazwa odnosi się tylko do fizyczności, bo bez siły i wytrwałości kobiety nie przebiłyby się, nie zawalczyłyby inteligencją, urokiem i sprytem o swoje własne zdanie i wolną wolę.

Tyle pokoleń starało się o coś, czym dopiero my możemy się cieszyć! Walczyły o coś, czego nie mogły zaznać, ale wiedziały, że to ważna rzecz.

Mimo wszystko, nie bez przyczyny powstało powiedzenie, że "światem rządzą mężczyźni, ale mężczyznami kobiety". Choć zapewne sporo osób chętnie by się ze mną na ten temat posprzeczało. ;)

Bo i tak prawdziwa władza nie leży ... we władzy.


♫ Teraz słucham :
Alicia Keys "Superwoman"  
http://www.youtube.com/watch?v=0rlY1aSFyJg
                                        
Alicia Keys "Woman's worth"
http://www.youtube.com/watch?v=V3Pl8hz8nsM

      czytam   :  Shan Sa  "Cesarzowa"

środa, 18 listopada 2009

chcieć a móc

Chciałabym być Japonką. Oni są tak zorganizowani! Może i przywiązani do tradycji, ale też otwarci na nowe możliwości, szybko rozwijający się, szaleni (choć czasem to zakrawa o lekkie dziwactwo...no bo jak można mieć jako fetysz majtki licealistki?! handel takimi cudeńkami całkiem nieźle się rozwija).
   Ale zaharować się na śmierć przez manię dania z siebie 200% i zawzięty udział w wyścigu szczurów, nie mieć szacunku (tamtejsze kobiety nie wywalczyły sobie tyle co Europejki - czyżby przeważyła pokorna natura? nie uwierzę) ani czasu dla siebie i bliskich w tym świecie ludzi zabieganych, gdzie rozkłady pociągów podawane są co do sekundy?
Nie. To nie dla mnie.

Albo chciałabym być Chinką. Rodem z VII wieku. Czasy cesarstwa, dynamicznie rozwijająca się kultura, nauka i architektura, czerpanie z dorobku tylu cesarzy, wielkich uczonych, artystów! Życie na dworze cesarskim musiało być cudowne. Otoczenie jak ze snu  - "pałac niebiańskiego smoka" to raj z jedwabiu, muślinu i laki, otoczony pięknymi ogrodami. Kto nie chciałby tam mieszkać?
   Ale być ograniczoną przez konwenanse, zasady dotyczące każdej, nawet najdrobniejszej, dziedziny życia? Chodzenia, spania (tu kwestia z kim), jedzenia, rozmawiania. Bezsensowne rytuały i niemal niewolnicze poddaństwo zachciankom jednostki, brak perspektyw na spełnienie marzeń, zaistnienie i rozwój według własnych upodobań. A wszystko w słodko-kwaśnym sosie dramatycznych intryg miłosnych i rywalizacji.
Nie. To nie dla mnie.

Może chciałabym być dziewczyną z Afryki? Żyć dziko, w plemieniu nad wielką rzeką, prawie nago zbierać owoce, polować, wędrować. Poczuć smak wolności. Całkowicie zanurzyć się w pierwotnych instynktach, poddać się czystej radości i naturze. Fajnie bym wyglądała z dzbankiem na głowie.
   Ale na stałe być oderwaną od cywilizacji i nie być świadomą ogromu świata i możliwości nauki? Albo wyjść za jakiegoś prostaka, który sypia z całą wioską (to w wielu plemionach naturalna sprawa, HIV w pełnym rozkwicie) i nie mieć szans na inteligentną rozmowę? Albo mieć 20 metalowych obręczy na szyi, długiej jak u żyrafy?
Nie. To nie dla mnie.

A co jeśli znajdujemy się w złotym środku? Tylko nie dostrzegamy tego, bo wszystko czego nie mamy wydaje się lepsze. A przecież możemy sami zadecydować o swoim losie. TO jest najwspanialszy złoty środek.

poniedziałek, 9 listopada 2009

jak w bajce

Ludzie często mówią, że chcą żeby ich życie było jak bajka, jak film. A w rzeczywistości jest to życzenie bardzo irracjonalne. I wcale nie ze względu na jego nierealność, wręcz przeciwnie! My już żyjemy jak w filmie! Tyle, że narzekają ci, którzy toczą zwykłą fabułę obyczajową. Marzą o wyniosłej komedii romantycznej albo dreszczyku emocji w serii przygodowej. A co mają powiedzieć ci, którzy żyją w horrorach? Oni nie mają nawet odwagi śnić. A tymczasem jakieś rozpieszczone dziecko cywilizacji i dobrobytu marzy o Księciu-z-bajki, albo skarbie piratów, a ten, kto ma z góry to, czego pragną inni, zwykle tego nie docenia. Wydaje się zabawne? Z innych perspektyw różnie widać.

Na szczęście każdy jest reżyserem własnego filmu (a czy scenariusz został już wcześniej napisany, to inna historia), więc jedyne co możemy zrobić to działać, działać, działać! W końcu trzeba sobie wyćwiczyć warsztat pracy, żeby w końcu być zadowolonym z efektu   :)

niedziela, 8 listopada 2009

sushi bar

Z okazji tymczasowego wyjazdy sierżanta z domu, postanowiliśmy sobie zaszaleć. Nasza ekstrawagancja, co prawda, ograniczyła się do kwestii obiadu, ale i tak było świetnie. Zamówiliśmy sobie sushi na trzy osoby z pobliskiego baru NIGIRI. Niestety mój braciszek okazał się nie być takim fanem tego, jak to ujął - ohydztwa w zielsku, które jedzą tylko prymitywni ludzie, bo żeby zjeść coś takiego na jeden gryz, to trzeba by mieć paszczę wieloryba - więc razem z tatą mieliśmy niezłą rozrywkę patrząc na jego miny, kiedy próbował po raz pierwszy sosu sojowego.

To zapewne jednak nie to samo, co pra-wdzi-we sushi. Jak rozmawiałam z moja znajomą Aiko, która na co dzień mieszka w Japonii (nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie wypytać o najróżniejsze rzeczy), powiedziała, że jak spróbuję oryginalnego sushi, to polskie już mi nie będzie smakowało. Dowiedziałam się też o dziwnym przesądzie, że kobiety nie mogą robić dobrego sushi, bo mają zbyt ciepłe dłonie (a istota tkwi w odpowiednio przygotowanym ryżu). Zasad dotyczących przygotowywania, jak i samego jedzenia jest oczywiście multum, gdyż Japończycy uwielbiają ze wszystkiego robić rytuał. Jako że rytuał to sam w sobie specyficzny sposób zachowania, niebywale łatwo jest popełnić błąd (co w oczach Japończyka jest rzeczą niewyobrażalną). Liczą się nawet najmniejsze drobiazgi! Najczęściej popełniane błędy to np. przebijanie jedzenia pałeczkami, używanie własnych pałeczek, zamiast tych służących do podawania jedzenia, by wziąć coś ze wspólnego naczynia, trzymanie pałeczek, gdy prosimy o dokładkę ryżu (uhhh, tragedia...!), zostawianie pałeczek po jedzeniu na misce, czy zlizywanie pałeczek.
Przy okazji odsyłam do zabawnego filmiku o tej trudnej sztuce  :)

Cały świat Japonii jest tak odmienny od naszego! Fascynujący, odległy, zadziwiający! Osobiście interesuje mnie wszystko co związane z tematyka Dalekiego Wschodu, od gejsz, przez mangę i literaturę, po jedzenie i modę. Rozpisywać się o tym można by aż nadto.

Ale pamiętajcie jedno - Japonia ma aż 4.000 wysp!

     Teraz słucham: "Memoirs of a Geisha"" soundtrack

sobota, 7 listopada 2009

"Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli." Albert Schweitzer

Zaczynam się zastanawiać, czy moje kosmopolityczne podejście i w liceum nie zda egzaminu? Czy to ludzka natura, czy kwestia dojrzałości? Nie będę zaklepywać sobie koleżanek jak małe dziecko, które liże kanapkę ze wspólnego stołu, żeby nikt nie chciał mu jej zabrać. Każdy powinien najpierw być samowystarczalny i szczęśliwy sam ze sobą, żeby dopiero móc obdarzyć kogoś innego tym szczęściem, a nie odwrotnie - szukać w ludziach źródła swojego szczęścia. Bo wtedy to tylko pozorne i zależne szczęście. Powinniśmy przyciągać innych poprzez tę aurę tajemniczości, sympatii i ciepłego uśmiechu. Zbyt idealistyczne? Nie wszyscy kierują się jasnymi zasadami. Dlatego tak intryguje nas, co myślą o nas inni. Ale choć to wszystko to jedynie pogmatwana pajęczyna uczuć i zależności, w której łatwo się zaplątać (jak wiadomo, czym bardziej się szarpiesz , tym bardziej jesteś unieruchomiony), to ludzie i tak szukają bliskich kontaktów w społeczeństwie. Bo jest jeszcze jedno źródło szczęścia - uszczęśliwianie innych! Sama to ostatnio zauważyłam, to daje poczucie zrobienia czegoś, co ma znaczenie i sami jesteśmy usatysfakcjonowani - cóż za szlachetny sposób na poprawę humoru!

     Teraz słucham : Nouvelle Vague 3  
          (ulubiony utwór - Blister in the sun)

piątek, 6 listopada 2009

julie/julia project

Miałam rację! Ten film jest świetny - jego głównym tematem jest...jedzenie! Historia amerykanki, która odmieniła kulinarny świat i zafascynowanej nią dziewczyny z pisarskimi ambicjami, która także uwielbia gotować.Wszystko to wprawia w nastrój jakiejś błogości i optymizmu (Meryl kreuje takie postacie, których nie da się nie lubić!). Ścieżka dźwiękowa umiejętnie wprowadza nas w atmosferę Paryża lat 40 lub współczesne amerykańskie realia. Choć mój sprytny plan, zwerbowania całej klasy, nie wypalił, poszłam w towarzystwie dwóch koleżanek i bardzo mi się podobało. W czasie sensu w przytulnym kinie Femina, już po biletowej bitwie z roztrzepaną kasjerką, na prawdę robiłam się głodna patrzą na te wszystkie dania! Przy okazji wyszło na jaw (w czasie rozgorzałej dyskusji o gotowaniu pod wpływem filmu), że M. lubi sobie coś popichcić. Chyba jest rzeczą oczywistą, że powinna dzielić się swoim hobby! A my jesteśmy bardzo pomocne... i z ogromnym apetytem na rozmaite frykasy. W drodze powrotnej do domu zaczęłam obmyślać ambitne plany kulinarne na najbliższe "weekendowe eksperymenty" w mojej kuchni! Gotowanie jako sztuka to bardzo pożyteczne zajęcie (pomijamy tu tempo w jakim żyjemy i chroniczny brak czasu, sztuka wymaga poświęceń) i chętnie zorganizowałabym jakieś spotkanie przy garkach (co mogłoby zaowocować dużą ilością śmiechu i smakowitości :). Szkoda tylko, że brak mi możliwości technicznych. Może ktoś zgłosił by się na ochotnika na użyczenie swojej kuchni?

      Teraz słucham : "julie & julia" soundtrack
  

wtorek, 3 listopada 2009

ZERO

Wypad do kina to, jak dla mnie, świetna alternatywa dla szkolnych zajęć. I do tego, tym razem, w pełni legalna :) Szkoda tylko, że nikt mnie nie słuchał i w drodze głupiej demokracji byłam zmuszona pójść na "zero" - debiut polskiego reżysera Pawła Borowskiego, zamiast na wyczekiwany seans "Julie i Julia", z Meryl Streep!

Ale jeśli ten nowatorski styl miał nakierować polską sztukę filmową na nowe tory, to może to i dobrze (kolejne rozwlekłe historyjki na ten sam temat to by była już przesada). To na pewno styl ekscentryczny. Powstały w tej fabule miszmasz jest jednak zaletą. Pokazuje jak ludzkie życie ma wiele powiązań, przypadków, problemów, okrucieństwa i kontrowersji. Z tego ostatniego (bardzo dosadnie przedstawionego) chyba nie była zadowolona nasza wychowawczyni, szczególnie w scenach, gdy rozmawiając przez telefon, ekspedientka w sex-shopie skubie różowego penisa, czy jakiś agresywny facet bezceremonialnie przechadza się po studiu pornosów na tle gołych pośladków i perwersyjnej bielizny.

Historie tylu ludzi, a jednak przez te wszystkie koneksje, jakby jedna. Do tego intrygujące zakończenie nawiązujące do początku wywołuje śmiech zaskoczenia i ironii. Czy w takim razie życie ma jakiś schemat, którym nieświadomie podążamy? Czy ten symbol recyklingu na plakacie to w istocie współczesna wersja TAIJITU (symbolu dopełniania się yin i yang, nieskończoności)? Co zrobić, żeby uniknąć negatywnej rutyny i niezadowolenia? Na te pytania twórcy nie odpowiedzieli, z tak samo zaciętą premedytacją jak ucięli wszystkie wątki, pozostawiając widza z dziwnym niedosytem i poczuciem braku konkretnego końca. Ale właśnie tak jest w życiu, jeśli opowieść jednego człowieka się kończy - i tak wiąże się z milionem innych, które można opowiedzieć. I choć każda jest inna, wszystkie mówią o życiu, które nie jest idealne, a jednak ciekawe. Niestety także problemy, w które się wplątujemy lub zostajemy wplątani, nie zawsze są tak klarowne jak się wydaje z zewnątrz. Ich struktura wewnętrzna jest dużo bardziej pogmatwana, skomplikowana i bezsensowna, z uwagi na niemożność znalezienia prostego rozwiązania bez ponoszenia przykrych konsekwencji. Ta zasada odnosi się do wielu rzeczy. Takie jest życie. Ale ta cecha - dwuwarstwowości - pomaga czasem dostrzec rzeczy najważniejsze, ogólne, które pomagają znaleźć rozwiązanie. Dystansowanie to właśnie to - spojrzenie na wszystko z boku, na tę warstwę powierzchowną i nie przejmowanie się drobnostkami, które się na to składają.

Nasze historie też mogłyby się znaleźć w takim filmie. Ciekawe jak wiele zdumiewających rzeczy odkrylibyśmy o sobie na wzajem.

ps. Ostatecznie i tak postawiłam na swoim - w piątek idziemy na "Julie i Julia"   :D

sobota, 31 października 2009

pomieszanie z poplątaniem

Ludzkie relacje są takie skomplikowane! Najzabawniejsze jest to, że choć każdy jest inny, kłopoty i zgrzyty odbywają się nieustannie według tych samych schematów. Niektórzy naiwnie myślą, że pewne zachowania przechodzą z wiekiem, że może taka zazdrość lub egoizm nie przeważają, można je opanować gdy jest się mądrzejszym. Niestety tak nie jest. A jeśli ludzie uczą się całe życie, to i całe życie popełniają błędy.

Z takimi dziecinnymi nadziejami wtapiamy się w nowe środowisko, pragnąc gdzieś głęboko, by tu nie znaleźć problemów, i żeby te już zażyłe związki z ludźmi, którzy są znaczącym elementem naszej przeszłości, jeśli nadal będą pielęgnowane, pozostały już takie na zawsze, dobre i bliskie. Ale wszyscy się zmieniają, a pamięć lubi płatać nam figle - zachowywać jakiś mętny, zniekształcony obraz i wmawiać nam, że jest prawdziwy. Przez to, długa rozłąka może prowadzić do dziwnych sytuacji - obraz danej osoby jest niekompletny, jakby niezaktualizowany i przez to wydaje się nam ona obca. Czy to jednak dowód na to, że tak bliska nam niegdyś dusza, już nie jest taka sama? Może to tylko pozorne utrudnienia, na nowo trzeba rozszyfrowywać sygnały.
Często sami wysyłamy takie znaki, które są zupełnie rozbieżnie interpretowane z intencjami. To tak częste źródło konfliktów, a jednak jakby zupełnie niezbadane. I nie dość, że czasem trudno jest się dogadać z osobami, które dobrze znamy, do tego dochodzi kwestia poznawania nowych. A jak pisałam (i w praktyce uświadamiam to sobie świetnie ciągle od nowa), to długotrwały proces i w ogóle trudny do rozpoczęcia! ahh

Jedynym racjonalnym argumentem na niewytłumaczalność tego (jakże zawiłego!) zjawiska jest czysta złośliwość życia, które karze nam samym się z tym uporać. To w porządku, oddaje honor. Ale po licho tak dręczyć akurat biedną Tosię?! Te rozmyślania nie dają mi spokoju! A przechytrzyć się ich nie da - jakby to powiedzieć - znajdą mnie wszędzie... Człowiek jest swoim największym wrogiem -.-