poniedziałek, 25 stycznia 2010

UWAGA! Sztuka!

Wspominałam ostatnio o pewnej polskiej malarce. Oczywiście wszystkich to wielce zaintrygowało i nie mogli zapewne spać po nocy, ale nie martwcie się! Oto ukrócę Wasze cierpienia! Chodzi o Zofię Stryjeńską! Napięcie opadło? A może nadal nie wiecie o kim mowa? No dobra, przybliżę Wam troszkę tę postać. Była najbardziej znaną polską artystką dwudziestolecia międzywojennego, reprezentowała nurt art deco. Był on odpowiedzią na wcześniej panującą secesję. Charakteryzował się zgeometryzowaniem i bardzo zróżnicowanymi, intensywnymi barwami. Artyści próbowali nadać rzeczom codziennego użytku ciekawą formę i niebanalność, aby były dostępne szerszej grupie odbiorców. Inną bardzo popularną autorką dzieł w tym stylu była Tamara Łempicka, której obraz - "Portret młodej kobiety w zielonej sukience" - rozpoznają chyba wszyscy. 

Zofia żyła w latach 1891-1976. Oprócz malarstwa zajmowała się też projektowaniem tkanin, zabawek dla dzieci i ilustracją książek. Najbardziej znana jest z cykli obrazów: Cykl bożków słowiańskich, Pastorałka, Pory roku, czy Tańce polskie. Dzięki poruszaniu tematów związanych z tradycjami i wierzeniami Słowian, została uznana za prekursorkę rodzimowierstwa słowiańskiego, czyli wierzeń etnicznych, oczywiście traktowanych tylko jako tematyka historyczna i kulturoznawcza (do wierzenia w wielką moc Marzanny, czy Dziedzilii, z tego co wiadomo, nikogo nie namawiała). 

Są to według mnie bardzo ciekawe prace. Przykuwają swoją bajkowością i życiowymi tematami za razem! Sami zobaczcie: 







Takie prace rzeczywiście zwracają uwagę na to, że słowiański folklor też może być bardzo ciekawy. A co właściwie o nim wiemy? Zapewne, przeciętnie, tyle co nic. Zwykle tak się dzieje, że to, co nas otacza na co dzień wydaje się mniej interesujące, ale może to tylko złudzenie?






niedziela, 24 stycznia 2010

Malczewski

Jako, że większość ciekawych rzeczy w naszym życiu zaczyna się zupełnie przypadkowo - moje zainteresowanie twórczością Jacka Malczewskiego zostało spowodowane komentarzem mojego taty, któremu mój avatar przypominał właśnie specyficzny styl tego malarza Młodej Polski.

Pozwoliłam sobie przygotować odpowiednio powód ;)



Wtedy zaczęłam szukać i oglądać reprodukcje. Ciekawa sprawa. Polscy artyści są mało promowani. Dlatego, aby wiedzieć coś więcej na temat sztuki trzeba szukać na własną rękę. 

Kolejny zbieg okoliczności rzucił mi w łapki 'metro' i zobaczyłam informację o wystawie Malczewskiego w Muzeum Narodowym! Od ekscytacji i planów, przeszłam szybko do rzeczy. I owocem tego było dzisiejsze popołudnie. Razem z tatą, który, co by nie rzec, na sztuce się zna, wnikliwie obejrzeliśmy i przedyskutowaliśmy każdy obraz na wystawie.

Z moich obserwacji wynika, że w twórczości Malczewskiego bardzo ważnym elementem są kobiety. Są głównymi postaciami, ale też symbolami, antropomorfizacją ważnych dla artysty kwestii. Przybierały postacie muzy, chimery, harpii, Polski. W wielu obrazach występuje także motyw faunów, które miały oznaczać samą sztukę (jak w "sztuka w zaścianku"). Łatwo zauważyć też, że miał swoje ulubione modelki, bo bywa, że pięć kobiet w jednej kompozycji ma takie same rysy! To prawdopodobnie jego żona i siostra. Może były zazdrosne i nie pozwalały mu malować nikogo innego? Kto wie, w końcu dość często zdarzało mu się malować nagie piersi.

Potem obkupiłam się pocztówkami z reprodukcjami, ale to już inna kwestia. Czuję się świetnie! Uwielbiam takie kulturalne wypady. Robię coś przyjemnego i pożytecznego zarazem, poszerzam horyzonty!  Polecam (w soboty wstęp wolny) <3

Więcej o Panu M. możecie dowiedzieć się tutaj:



Kolejny przypadek rzucił mnie do sklepiku z pamiątkami i poznałam specyficzne dzieła pewnej polskiej malarki, ale o tym kiedy indziej.

piątek, 22 stycznia 2010

♪ ♫ ♪♫ ♪ ♪

Zaczęły się przygotowania do występu walentynkowego! 
Jeśli ktoś twierdzi, że w szkole nie może być ciekawie i przyjemnie, to na pewno nie próbował wszystkiego. Troszkę egoistycznie, ale nie zależy mi najbardziej na samym koncercie, tylko na próbach. Bo tak radośnie spędzony czas w gronie miłych i kreatywnych ludzi to coś wartego wyciśnięcia każdej minuty! A muzyka to coś, bez czego nie mogłabym żyć. Jako jedna z niewielu rzeczy (przy odpowiednim repertuarze) potrafi natychmiastowo poprawić mi nastrój i wyzwala niepohamowane pokłady radosnej energii!




czyż te piosenki nie są optymistyczne? 
od razu ma się na wszystko ochotę!















poniedziałek, 18 stycznia 2010

wspomnienia z Ostendy

 Rozprawiłam się w końcu z pierwszym opowiadaniem Schmitt'a, ze zbioru "Marzycielka z Ostendy", który dostałam na święta od Coco. Początkowo zmyliło mnie swoją sympatyczną zwyczajnością, choć czułam, że coś mnie z nim wiąże, że jest w nim coś magicznego. I nie pomyliłam się. Ładnie brzmiąca nazwa miasta, gdzie toczy się akcja tytułowej historii przywoływała z początku tylko niewyraźny obraz wspomnień. Z czasem, wciągając się w ten świat, coraz bardziej podejrzliwie wnikałam w zakamarki pamięci. Po odpłynięciu błogiego nastroju rozmyślań, zainspirowanych owym opowiadaniem, wygrzebać z pudełka ze starymi dziennikami fragment brudnopisu z wyjazdu rodzinnego do Belgii. Na marginesie widniał dumnie, nakreślony pod wpływem nagłej zachcianki, napis 'Ostenda', ozdobiony rysunkiem muszli i wodorostów. Bo tak skojarzyło mi się to chłodne miasteczko nad Morzem Północnym, gdy zobaczyłam je po raz pierwszy.

Choć wizja Ostendy z "Marzycielki.." znacznie różni się od tej, zapamiętanej przeze mnie, zafascynowała mnie na sobie tylko znany sposób; niczym głównego bohatera - panna Emma Van A. oraz jej zadziwiająca historia.

Zalały mnie urywki chwil, spędzonych w różnych miejscach Belgii i poczułam tęsknotę. Jak łatwo i szybko ulatują z nas wszystkie detale! Wcześniej karmiłam się nadzieją, że może uda mi się jeszcze raz zobaczyć starą, brukowaną Brukselę, czy zbadać uliczki wietrznej Brugii, gdy odwiedzę dziadków w Tervuren. Ale oni przeprowadzili się już z powrotem do Polski i jedyna łącząca mnie z tamtym światem nić - urwała się.

OSTENDA lipiec '08 

"Nasza druga większa wycieczka. Kurs - Ostenda! To przesiąknięte zapachem ryb miasteczko ma piękną szeroką plażę Morza Północnego, które widziałam pierwszy raz w życiu. Innych odstrasza zimna woda, ale ja uwielbiam ten klimat! Morska bryza, piasek, obmywająca stopy woda i mewy spacerujące beztrosko, jakby miały w nosie resztę zwiedzających..w końcu to ich teren. To bardzo w moim stylu (choć brzmi w jakimś stopniu oklepanie poetycko). Różnice poziomu wody są tu ogromne, nie to co w Bałtyku. Mama z niedowierzaniem patrzyła na dno zatoki portowej, gdzie kilka metrów wyżej jest wyraźnie zarysowana glonami linia wody w czasie przypływu. 

Podczas odpływu, morze odsłania rozległą plażę, na której porozrzucane niedbale leżą obrośnięte niezidentyfikownymi glutowatymi substancjami skały. Pomiędzy nimi znaleźliśmy całą gromadę maleńkich stworzeń, które, z przytwierdzonymi do siebie najróżniejszymi muszelkami, pływały niezgrabnie w kałużach ocieplonej słońcem wody. Przynajmniej tam, nie miało się wrażenia, że stoi się w samym środku burzy piaskowej. Spacer po tej zimnej plaży był bowiem swoistym peelingiem (dla masochistów), bo przez silny wiatr (momentami baliśmy się, czy nas nie zwieje) piasek zacinał po łydkach z zadziwiającą mocą. To chyba było powodem, którego moi rodzice sprytnie użyli jako argument, żeby stamtąd zwiać. Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu, oczywiście. (...)

Reszta dnia minęła nam bardzo szybko, m.in. na próbowaniu miejscowych krewetek, które chyba z krewetkami niewiele miały wspólnego oraz spacerze promenadą, która dla mnie bardziej kojarzyła się z osiedlem niż naturą, ale niestety ludzie lubią się wciskać tam, gdzie jest zbyt ładnie. Na moją ukochaną plażę, oczywiście już nie zdążyliśmy wrócić. Jedyne co mi zostało to kieszeń bladych muszelek i włosy nasiąknięte solą do granic możliwości."

Problem z wycieczkami w większej grupie jest taki, że zwykle nie można robić tego, na co na prawdę ma się ochotę.

Moje marzenia o podróżach momentami bolą, bo to takie typowe dla młodych, którzy "mają jeszcze całe życie przed sobą" i tyle chcieliby doświadczyć. A na prawdę nielicznym te mgliste plany udaje się spełnić. Przeglądanie National Geographic Traveler, czy Voyage, bynajmniej nie pomaga. Na dokładkę - blog Karoliny i Sebastiana (który mam w czytanych) i umarł w butach! Rozmyślam o  niebieskich migdałach dopóki ktoś brutalnie nie strąci mnie na Ziemię. Nawet podróżowanie samotnie by mi nie przeszkadzało, mogłabym napawać się tym, co mnie otacza i poznać życie gdzie indziej, z zupełnie innymi ludźmi.

a to kilka zdjęć, które zrobiłam w tym belgijskim porcie:



niedziela, 17 stycznia 2010

Powroty

Wyjazdy szkolne to małe uczniowskie pułapki. Próbując się zintegrować i jak najlepiej spędzić wspólny czas, sami zamykamy się w błędnym kole. Przyzwyczajając się w jakimś stopniu do życia w grupie, z pewnymi ludźmi - wcale nie chce się potem wracać do domu. Nie dość, że odczuwa się specyficzną samotność, powrót  do starego trybu życia denerwuje.

czwartek, 7 stycznia 2010

wyłaniając się z ciemności


































fot. Tomasz Gasiorowski firma FaxoncolorTG


Zdjęcie zostało zrobione na wernisażu mojego szanownego taty, akompaniuje mi tu pięknie Bartek Alber :)

środa, 6 stycznia 2010

Who will I be?

Zawsze śmiałam się z  piosenek o tytułach "Who I am" i tym podobne. Pompatyczne teksty o egzystencji i problemach życiowych wydają się być tylko parodią tego, co w tej kwestii dzieje się w życiu. Bo takie oczywiste pytanie - kim jestem? - choć brzmi banalnie, gdy się nad tym zastanowić, wcale takie nie jest (odpowiedź - człowiekiem - się nie liczy). Ale jeszcze gorszym jest próba odpowiedzi na pytanie - kim chcę być? Jest Nowy Rok, wszyscy postanawiają poprawę i ambitnie mówią, że będą się więcej uczyć tudzież rzucą palenie, niektórzy nawet marzą o pokoju na świecie, ale chodzi o plany bardziej dalekosiężne. Jak można bezproblemowo podjąć decyzję, która pokieruje dalej naszym życiem? Chyba rozumiem ideę totalnej manipulacji ludźmi, a raczej tego, dlaczego niektórzy pozwalają robić z siebie marionetki. Gdy przyjmujesz życie biernie, ktoś mówi ci którędy zmierzać, uważasz za oczywiste, że coś się stało i trzeba iść dalej. Ale gdy zdajesz sobie sprawę, że decyzja była dobrowolna i samodzielna...czasem zaczyna się żałować swoich wyborów. To wyniszczające uczucie popełnienia błędu prowadzi tylko do frustracji, niezadowolenia z życia i niekończących się pytań 'co by było gdyby..?'. Chce się więc za wszelką cenę uniknąć takiej sytuacji. Ale w świecie demokracji nikt nie pokaże nam, którą ścieżką podążać. Z resztą i tak, tego, jaka ona będzie nie da się przewidzieć. Możemy wiedzieć w którą stronę prowadzi, ale czy będzie wyboista, czy zarośnięta, wybrukowana, a może będziemy na tyle sprytni, żeby zbudować sobie prowizoryczną hulajnogę, tego nie wiadomo od razu. Łatwo może się to przeistoczyć w obsesję lub paraliżujący strach, który sprawi, że nie robi się nic.

Można słuchać rad innych, ale w praktyce mąci nam to w głowach, sprawia, że zapominamy czego pragniemy, chcąc stać się kimś ważnym, nikogo nie zawieść. Swoista megalomania jest autodestrukcyjna, bo pojedynczy człowiek nic nie znaczy wobec świata (może poza Janem Pawłem II i Michaelem Jacksonem), choć każde kolejne pokolenie próbuje udowodnić, że jest inaczej. Łasimy się o odrobinę uwagi, chcąc osiągnąć coś lepszego niż inni. Niektórych nie demotywuje nawet to, że zapewne jest gdzieś chiński 10-latek, który robi to lepiej...

Warto cieszyć się drobiazgami, które składają się na nasze życie, ale powinny one ku czemuś prowadzić. Człowiek bez celu jest jak dziecko we mgle. Ale jako że beztroski jak dziecko nie jest, ogromnie się tym przejmuje. Powołania nie można sobie wymyślić, trzeba je czuć. Jakże spokojni są ludzie pewni tego, czego chcą. A może ja też to wiem, tylko nie chcę się przyznać, z obawy, że nie jest to to, co świat  uznałby za odpowiednie? Powiedzenie 'nie przejmuj się tym, co mówią inni' nabiera nowego znaczenia, gdy tymi "innymi" są bliscy, a nagląca decyzja ciąży w myślach, nie dając spokoju.

Jak Wy wyobrażacie sobie swoją przyszłość? Czy wiecie kim chcielibyście być? A może staracie się żyć chwilą, nie martwiąc się tym co kiedyś będzie?

wtorek, 29 grudnia 2009

AVATAR, czyli jak delikatnie powiedzieć ludzkości, że jest beznadziejna

Jako, że człowiek czasami musi odpocząć, błogosławmy ferie. Inaczej skończylibyśmy marnie, zapewne jako kłębki nerwów lub też pesymistyczne kłębki, a tak, można nabrać na powrót sił i entuzjazmu do dalszego życia oraz przy okazji nadrobić nowości kinowe.












W dzień, w którym matka natura sobie z nas zakpiła (wczoraj) i zesłała idealną zimową pogodę, udałam się z Coco na najnowszy film Jamesa Camerona, zapowiadany na wielki hit - AVATAR. I nie zawiodłam się.

Akcja rozgrywa się na planecie Pandora. Fauna i flora stworzone na potrzeby tego świata były zniewalające! Do tego w wersji 3D i Tosia odleciała. Oczywiście ludzie, ze swoją obrzydliwą chciwością, bezmyślnością i upodobaniem do niszczenia wszystkiego, co piękne i naturalne, musieli zjawić się na Pandorze i zmącić jej niesamowitą harmonię i czar swoimi brzydkimi maszynami i niszczycielskim sposobem bycia. Skłoniło mnie to do przemyśleń na temat tego, co ludzie już zdążyli zniweczyć na swojej planecie. Czy zorientujemy się, że jednak natura jest nam niezbędna do szczęścia, dopiero, gdy całkowicie jej zabraknie, czyste powietrze będzie tylko ckliwym wspomnieniem, a gdzie nie spojrzeć - metal i roboty? Ludzie wydają mi się tak zaślepieni swoimi osiągnięciami, że zapominają o tym, co najważniejsze. Marzą mi się nowoczesne, samowystarczalne miasta z ekologicznymi zasobami energii (http://styl-zycia.ekologia.pl/eko-technologie/Miasto-w-100-zasilane-sloncem,8862.html), żyjące w zgodzie ze środowiskiem. Ale czy to się w porę rozpowszechni? Albo czy kiedykolwiek? Po ostatnich lekcjach biologii dręczyło mnie, po co właściwie istnieją wirusy, one tylko niszczą i powodują cierpienie, nie robią nic dobrego. Ale po chwili zastanowienia... To trochę jak ludzie dla Ziemi. Jesteśmy tylko pasożytami wyniszczającymi własne źródło życia. Niestety ludzka mentalność nie nadaje się do recyklingu, ani nawet do wymiany...ale na pewno na złom. Fundacje pro-ekologiczne trąbią o świadomości konsumenta, ble ble ble. A rzeczywistość wygląda tak, że wiele produktów ma znaczek "ECO", jedynie po to, żeby zmanipulować klienta, zmylić go i sprawiać wrażenie dobrych i zaufanych. Tylko po co to wszystko? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o jedno.

Bardzo zbulwersowała mnie ta kwestia. Przecież świat potrafi być taki piękny, czy nie warto o niego zawalczyć? To nie tak, że zaraz wyruszę pikietować przed rybnym o wolność dla szczupaków , rozdam cały swój dobytek na rzecz trędowatych, czy zamieszkam pod mostem na znak sprzeciwu wobec burżuazji i marnotrawstwa (swoją drogą, słyszeliście o freeganach? to ludzie, którzy świadomie wybierają życie na poziomie wyzbytym z luksusów, a nawet jakichkolwiek ułatwień, aby nie wiązało się z marnowaniem czegokolwiek, przez co jedzą jedzenie ze śmietników i noszą stare ubrania. doprawdy szczytna idea. ale lepiej uważać kogo wybieramy sobie za autorytet. w końcu wodę też trzeba oszczędzać...nie chciałabym znaleźć się nawet w pobliżu takiego "gorliwego zbawiciela świata"). Ale sądzę, że to sprawa najwyższej wagi. W końcu  chodzi o losy świata. I wbrew pozorom żaden Superman, ani tak popularny ostatnio w USA Ironman, nie pomoże. Bo w tym dziwnym, niekomiksowym świecie zwanym rzeczywistością, liczy się każdy człowiek i to czego może dokonać.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

nengajo - japońskie kartki noworoczne

Zawsze miło jest dostać kartkę. Szczególnie na święta. Większość osób spędza je w rodzinnym gronie. A co z przyjaciółmi?! Oni nie są ważni? Kartka to mały, ale serdeczny znak, że się o kimś pamięta. Jednak w Polsce ten zwyczaj nie jest zbyt rozpowszechniony. Kojarzy się raczej z czymś sztucznym, nienaturalnym i zupełnie niepotrzebnym.

                                                           ...co innego w Japonii.


U nich, ta tradycja urosła na gigantyczną skalę (ok, komercja się kłania, ale to nadal miłe). Dodajmy, że te specjalne kartki maja odpowiednią tematykę - każdego roku związane są z symbolami zwierząt oznaczających kolejne lata. Wywiązuje się to z kalendarza chińskiego, który jest kalendarzem zodiakalnym, powtarzającym się cyklicznie co 12 lat. Według legendy, przed nadejściem nowego roku , Budda zaprosił do siebie wszystkie zwierzęta. Były jednak zbyt zajęte swoimi codziennymi zajęciami i tylko przedstawiciele dwanastu gatunków zjawili się na wezwanie. Były to w kolejności: Szczur, Bawół, Tygrys, Kot (zwany czasem Zającem lub Królikiem), Smok, Wąż, Koń, Koza, Małpa, Kogut, Pies, Dzik (lub Świnia). "W podzięce za przybycie Budda nadał każdemu z tych stworzeń po jednym roku kalendarzowym. Od tej pory każdy kolejny rok nosi imię jednego z tych zwierząt, jego godło i symbol, a ludzie, którzy w danym roku przychodzą na świat, zostają obdarzeni cechami charakteru i zachowania przypisanymi owemu zwierzęciu." ("Astrologia chińska")

Z racji tak bogatej mitologii i symboliki, ciekawie jest mieć taki drobiazg na własność. Udało mi się skontaktować przez postcrossing z pewną Japonką, która chętnie wymieniła się ze mną noworocznymi kartkami. Rok 2010 to rok Tygrysa, stąd to słodkie stworzonko na pocztówce (kawaii!). Podobno, przeciętny Japończyk wysyła każdego roku średnio 50 kartek! Poczta zatrudnia ok. 360 tys (!) noworocznych listonoszy (zwykle są to, chcący sobie dorobić, studenci), żeby wszystkie trafiły do adresatów na czas - noworoczny poranek. Z naszą pocztą polską byłoby to raczej awykonalne, więc może dobrze, że oszczędzamy sobie takiego małego szaleństwa.  :)

ps. Rok 1993 to rok Koguta, ludzie spod tego znaku są ruchliwi, pomysłowi, lojalni, przyjaźni i wierni, odważni, zapobiegliwi, pracowici, czasem lekko apodyktyczni i pedantyczni, lubią czytać i rozmawiać na wiele tematów...
                          ale to dużo bardziej skomplikowane.

poniedziałek, 30 listopada 2009

haiga


Dla niewtajemniczonych - haiga to połączenie krótkiego wiersza waka lub haiku z obrazem uzupełniającym treść. Wywodzi się oczywiście z kultury japońskiej. Odsyłam do obszernego artykułu dla zainteresowanych: http://www.japonia.org.pl/?q=pl/node/75

Wbrew pozorom, jest w Polsce więcej tworzących w tradycyjnym stylu poezji japońskiej, niż się zdaje. Powstała nawet mała polska antologia haiku! 

To zupełniej inny sposób wyrażania swoich myśli. Gdy już się zacznie dostrzegać świat przez tę poezję, wszystkie emocje przybierają piękniejszych kształtów.

Swoją drogą, to zabawne jak można wierzyć, że da się osiągnąć wszystko a jednocześnie zdawać sobie sprawę ze swojej nieistotności wobec świata. Jesteśmy tacy maleńcy. Jak to ktoś kiedyś ładnie powiedział, jesteśmy tu tylko gośćmi, na chwilę. Ale nadal w swej naiwności, patrząc nocą na zamglony księżyc, wierzymy, że świeci tylko dla nas.

środa, 25 listopada 2009

ni hao Yue-chan!

Stało się !!! Dostałam w końcu odpowiedź z postcrossingu na temat korespondowania. Z racji mojego specyficznego zainteresowania, kandydatów szukałam wśród populacji japońskiej i chińskiej  ^____^

Napisała do mnie dziewczyna o imieniu Hu Yue - jest studentką pekińskiej akademii teatralnej i pisze scenariusze kreskówek! To świetny pomysł,  żeby poznać kogoś z drugiego końca globu, którego życie codzienne i zainteresowania są tak odmienne od naszych! Do tego powiedziała, że może mi pomóc w chińskim! Mam nadzieję, że wszystko się rozkręci - uwielbiam tego typu sprawy.  :)

ming tian jian !

poniedziałek, 23 listopada 2009

Dla A.

Jaki jest sekret ludzi popularnych? Są pewni siebie.
Czy zauważył ktoś, że nie są to zawsze osoby bardziej od innych inteligentne, ani ciekawsze, ani bardziej kreatywne? Ale potrafią absorbować dużo uwagi, lubią być w centrum zainteresowania. Niestety osoby nie tak znane, często uznają to za wyznacznik wartości człowieka. A to zwykła głupota! Najważniejsze to lubić siebie i siebie wyrazić, wtedy wszystkie problemy zdadzą się nagle drobnostkami. A osoby, które to docenią same się znajdą. Trzeba tylko być sobą i czekać na reakcję. Bo może życzliwych i ciekawych ludzi jest więcej niż się spodziewamy, tylko trzeba ich dostrzec. Dlatego też nie wolno zamykać się w ramach jakiegoś myślenia, czy środowiska. Otwarty umysł to podstawa. Inaczej nie ma szans na zmianę na lepsze.

sobota, 21 listopada 2009

135 hoffurodziny




Z okazji 135 rocznicy IX LO, moja klasa, jak zwykle pomysłowa i zaangażowana, postanowiła wystylizować kilka uczennic na hoffmaniaczki jeszcze za czasów pensji! Było dużo zabawy, a wystawa bardzo efektowna. Dziękuję dziewczęta!

czwartek, 19 listopada 2009

kobiety

zagadki, zabawki, podpory, ramiona do wypłakania.

Różnie są odbierane. Ale jedno trzeba im przyznać. To, jaką pozycję osiągnęły - zawdzięczają tylko i wyłącznie sobie. Gdy myślę o tym, jak się żyło np. w starożytności, czy nawet renesansie, wyobrażam sobie życie z perspektywy mężczyzny. Bo inaczej nie byłoby za dużo do wyobrażania... Kobiety nie miały oficjalnie żadnego znaczenia! A jak dowiedziałam się, że Arystoteles uważał, że kobieta to nie człowiek, to już w ogóle oniemiałam.  Jak można być takim ignorantem?!

Jak to się stało, że kobiety teraz walczą o równouprawnienie i są całkiem blisko celu (choć nie wiem, czy ten cel kiedyś w pełni osiągną, ani nawet czy tego właśnie chcą)? Jak długą i ciężką drogę musiały przebyć, żeby teraz ktoś chciał ich wysłuchać i nie traktował jak kogoś gorszego (bo wbrew temu jak NIEKTÓRZY myślą, wcale nie mamy względnie mniejszych mózgów)?  Tego nie wie nikt. Bo na historii o tym nie wspominają. Historia to dzieje spisane ręką, tak na prawdę, bardzo subiektywną. Dodajmy, zwycięską. Bo to mieszanka, wielkiej polityki, krwi, rozwoju kultury i oszustwa.

Kobiety były gdzieś głęboko, wmieszane mimowolnie w ten męski świat, którzy sami mężczyźni chyba uważali za zbyt brutalny by dać w nim przewodnictwo "słabej płci". Ale jak widać ta zwyczajowa nazwa odnosi się tylko do fizyczności, bo bez siły i wytrwałości kobiety nie przebiłyby się, nie zawalczyłyby inteligencją, urokiem i sprytem o swoje własne zdanie i wolną wolę.

Tyle pokoleń starało się o coś, czym dopiero my możemy się cieszyć! Walczyły o coś, czego nie mogły zaznać, ale wiedziały, że to ważna rzecz.

Mimo wszystko, nie bez przyczyny powstało powiedzenie, że "światem rządzą mężczyźni, ale mężczyznami kobiety". Choć zapewne sporo osób chętnie by się ze mną na ten temat posprzeczało. ;)

Bo i tak prawdziwa władza nie leży ... we władzy.


♫ Teraz słucham :
Alicia Keys "Superwoman"  
http://www.youtube.com/watch?v=0rlY1aSFyJg
                                        
Alicia Keys "Woman's worth"
http://www.youtube.com/watch?v=V3Pl8hz8nsM

      czytam   :  Shan Sa  "Cesarzowa"