sobota, 26 czerwca 2010

Nauczyciel muzyki

Chwilami marzyła by stać się fortepianem. Czuć na swoich klawiszach muskanie jego zwinnych palców. Uwielbiała jego dłonie – długie i smukłe, lecz nadal bardzo męskie – dłonie pianisty. Lubiła patrzeć gdy jej gra, jakby przeżywał każdą nutkę, zabijał dźwięk, wskrzeszał, podrywał do życia i delektował się jego wybrzmiewaniem wprowadzającym powietrze w drgania. Brała głęboki oddech chcąc jak najdosłowniej należeć do jego świata. Choć w duchu śmiała się ze swego zachowania rodem z taniego romansu, te chwile jego obecności, gdy czuła bijące od niego ciepło tuż obok siebie na pufie, warte były zniesienia każdej kpiny.

- A teraz powtórz – uśmiechnął się zachęcająco, ale ona znów odpłynęła. Nawet nudne pasaże w jego wykonaniu przenoszą ją do innego świata. Świata biało-czarnej pieszczoty.
- Dobrze – odparła, wpatrując się w niego dłużej niżby wypadało potulnej uczennicy. Starała się tak o sobie myśleć. Choć od relacji nauczyciel – uczeń było im daleko, przecież różniły ich tylko cztery lata. Jednak znajdowała w tym określeniu jakąś perwersyjną radość.
Jej palce po raz kolejny omsknęły się na klawiaturze. Znów się pomyliła, co wystarczyło by ją podirytować.
- Chyba za dużo myślisz, co? – spojrzał na nią wymownie, lecz w odpowiedzi zobaczył jedynie spąsowiałe policzki. – No już mała niezdaro, pomogę Ci – chwycił ją w talii i posadził sobie na kolanach. Teraz poczuła gorąco nie tylko w policzkach. Jego oddech łaskotał jej szyję, a dłonie przylgnęły do jej rąk, usiłujących niezdarnie, już całkiem trzęsąc się z podniecenia, zagrać od nowa pasaż. Wybrzuszenie na jego spodniach wbijające się delikatnie w jej pośladki pod cienką sukienką, nie ułatwiło jej skupienia się na graniu. Przez chwilę prowadził jej dłonie po klawiaturze.

Nawet nie zauważyła kiedy zapadła cisza. Cisza gęsta od pożądania i przelatujących frywolnie przez umysł myśli. Był mistrzem w graniu na różnych instrumentach. Także na kobiecym ciele. Wiedział gdzie i kiedy dotknąć by wydobyć najpiękniejszy dźwięk. Preludium wykonywane na jej żebrach brzmiało rozkosznie. Wykonywał go z charakterystyczną  dla siebie pasją. Tym razem wibracje czuła nie tylko w powietrzu, ale całym swoim ciele. Fala gorąca rozchodziła się od jej brzucha, jak tsunami, wznosząc się i opadając, dostając kolejne impulsy, wzmagała wrażenie. Czy powinna czuć się nieswojo? Może zawstydzona? Ale w jej biało-czarnym świecie to był nie pierwszy raz. Pozwoliła mu więc grać dalej i wieść swoje dłonie, jak przystało na grzeczną uczennicę. Siedząc nadal na jego kolanach, nie widziała jego twarzy, ale i tak czuła, że błogo się uśmiecha. Zaplatające się na jej talii silne ręce zrodziły kolejną falę gorąca. Już wiedziała, co się stanie.
Polifonia westchnień.
Harmonia ruchów.
Coda.

wtorek, 22 czerwca 2010

Hołd dla Neptuna cz. IV


W 100% ZURBANIZOWANE



  To uczucie, gdy dostrzegamy upragniony ląd, jest niezwykłe. Prawie jakbyśmy odkrywali nowy kontynent! Bądź, co bądź, dla nas to nowa kraina. To, co wzięliśmy za szare chmury w oddali, okazują się być szczytami gór. To Alpy! Z daleka, zabudowa Monte Carlo wygląda jak porozrzucane na wzgórzu białe klocki LEGO. Zbliżamy się do stolicy Formuły 1 i Casino Royal. To małe księstwo, nie dość, że jest w 100% zurbanizowane, nie ma żadnego podziału administracyjnego – jest księstwo… i już. Prawie jak Watykan, tylko wersja rozrywkowa. To miasto nie spodoba się sknerom i wielbicielom spokoju. Pełno tu zarówno willi, jak i drobnych kamienic, czy osiedli. Z tą różnicą, w porównaniu z naszymi osiedlami, że te mają pod oknami ogrody palmowe i wszędzie jest bardzo czysto a kierowcy sami zatrzymują się na pasach. Jest tu centrum handlowe w grotach, Zamek książęcy z pięknymi ogrodami, na klifie, oceanarium jak i wspomniane wcześniej Casino oraz słynna motorówka z napisem „WORLD IS NOT ENOUGH”.

 






Tym razem zwiedzamy w jeszcze mniejszym gronie. Wypisujemy pocztówki i podejmujemy pierwsze wyzwanie – kupienie znaczków po francusku na pobliskiej poczcie. Językiem urzędowym jest tu, bowiem francuski. Większość ludności stanowią imigranci z Włoch i Francji. Rodowici Monakijczycy stanowią zaledwie 19% społeczeństwa. Próbując poznać miasto od podszewki wędrujemy wzdłuż i wszerz napawając się, tak odmienną on naszej codziennej. 

Niestety M. uparła się by zobaczyć z bliska kasyno (do którego, przypominam, i tak nie mogliśmy wejść), więc prowadziła nas swoją, na szczęście niezawodną, intuicją na miejsce. Omal się nie zgubiliśmy, ale w końcu dotarliśmy do celu. Było już po zmroku i wszystkie budynki wokół kasyna błyszczały od najróżniejszych świateł. W drodze powrotnej szliśmy przez Exotic Park, gdzie w koronach drzew (a może - w liściach palm) fruwały ćwierkając małe ptaszki. Nie wiem jakim cudem one nie odlatywały. Droga powrotna sama w sobie była wyzwaniem, bo zawędrowaliśmy. Udało nam się jednak znaleźć odpowiedni autobus i podziwialiśmy uliczki zasypiającego Monte Carlo przez szyby.

W nocy znów pilnujemy trapu (kładki, po której schodzi się na ląd), więc mam okazję w ciszy podziwiać śpiące Monte Carlo. Bo choć za dnia jest tak ruchliwie, po 22.00 na ulicach zapada cisza. To mnie zdziwiło - spodziewałam się balowania do białego rana. Wedle tej domniemanej okolicznej tendencji, spędziliśmy prawie całą noc na rozmowach.

Zaczynamy odczuwać w powietrzu smutną atmosferę. To nie tylko, dlatego, że opuszczamy Monte Carlo (gdzie zapewne większość załogi wydała prawie całe oszczędności), ale oznacza to także, że nasz rejs dobiega końca. Właśnie, gdy już przywykliśmy do życia na morzu.





























wtorek, 1 czerwca 2010

~ Taiwan Aboriginal Tribes ~

Niektórzy wiedzą jak mnie uszczęśliwić  ;)

Dostałam dziś przesyłkę od Hitokage 
- mojej tajwańskiej korespondentki.
Jako że zna moje zafascynowanie jej lokalną 
kulturą, znalazła dla mnie ciekawą pocztówkę. 
Jej faktura jest miękka i gładka, prawie jak papier 
czerpany, czego niestety nie widać na skanie.
Na rysunku, ułożona z najróżniejszych tradycyjnych wzorów 
tajwańskich, widnieje Formosa, czyli po prostu wyspa Tajwanu. 

 
<3

piątek, 14 maja 2010

reasumując: ludzki defekt

Podczas lektury mojej nowej ulubionej książki natrafiłam na słowa, które są idealnym podsumowaniem - ludzkiego permanentnego braku zadowolenia - z różnych punktu widzenia.

Zauważyłam też, że ludzie mają niezbędną i zarazem niesłuszną potrzebę identyfikowania się z jakąś grupą.

 Ten defekt ludzkiej kondycji „…upraszczając sprawę, mogę nazwać bolesną nieumiejętnością podtrzymywania stanu zadowolenia.  Różne szkoły filozoficzne na przestrzeni stuleci znalazły rozmaite wyjaśnienia dla tej najwyraźniej wrodzonej ludzkiej niedoskonałości. Taoiści zwą ją nierównowagą, buddyści niewiedzą, islam naszą niedolę tłumaczy buntem przeciwko Bogu, a tradycja judeochrześcijańska  wszystkie nasze cierpienia wywodzi od grzechu pierworodnego. Freudyści utrzymują, że czujemy się nieszczęśliwi  w wyniku nieuchronnego zderzenia naturalnych popędów z wymogami cywilizacji. (…) Jogini  mówią natomiast, że niezadowolenie jest prostym przypadkiem pomylonej tożsamości.
„JEDZ  MÓDL SIĘ  KOCHAJ”

Gdy czytałam ten fragment, z zaskoczeniem spostrzegłam, że freudyści skondensowali w tym zgrabnym określeniu moje rozmyślenia o przyczynie sprzeczności naszych pragnień w kwestii Państwa Rozumu i Chemii! Pomyślałam – jestem freudystką! Ale chwila, chwila. Instynktownie chce się z czymś utożsamić. Dlaczego? Przecież wcale nie jestem freudystką, sama doszłam do takich wniosków. Ja jestem… TOSISTKĄ. I już. Jestem indywidualnością i nie  muszę   podpisywać się pod jakąś grupę. Po prostu jestem. Co nie zmienia faktu, że cały czas obserwuję, jestem otwarta i rozmyślam. Nieustannie wprowadzam do mojego równania nowe zmienne. I choć to zwiększa jego trudność, rozwiązuję je z przyjemnością. Bo choć trudno w to uwierzyć – ma swoja logikę. Trzeba tylko przestać myśleć schematami i wykorzystać całą swoją wiedzę.

czwartek, 13 maja 2010

moje słowo

Podczas swojej podróży w poszukiwaniu przyjemności (i uczenia się pozwalania sobie na nią), do Italii, Liz dowiedziałam się od swojego przyjaciela, że każde miasto i osoba ma swoje słowo.

– Nie wiesz, że tajemnica zrozumienia miasta i jego mieszkańców tkwi w poznaniu… tego, co jest słowem ulicy? (…)
Gdyby się potrafiło czytać myśli ludzi, którzy mijają nas na ulicy w dowolnym mieście, odkryłoby się, że większość ma w głowie tę samą myśl. I to właśnie ona jest słowem miasta. Jeśli twoje osobiste słowo nie pokrywa się ze słowem tego miasta to rzeczywiście nie należysz do niego.
- Jakie jest słowo RZYMU? – spytałam.
- SEKS – oświadczył.
- Czy nie jest to tylko stereotyp?
- Nie.
- Chyba są w Rzymie jacyś ludzie, którzy myślą o czymś innym?
- Nie – przekonywał Giulio. – Jedyne, o czym wszyscy myślą przez cały dzień, to SEKS.
- Nawet w Watykanie?
- To co innego. Watykan nie jest częścią Rzymu. Mają tam inne słowo. WŁADZA.
- Można by raczej pomyśleć, że WIARA.
- WŁADZA – powtórzył. – Naprawdę. Ale w Rzymie tym słowem jest SEKS. (…)
- A jakie to jest słowo w Nowym Jorku? – spytał mnie Giulio.

Zastanawiałam się przez chwilę.

- To oczywiście czasownik. Myślę, że OSIĄGAĆ – odpowiedziałam w końcu zdecydowanym głosem. (…)
- A jak brzmi to słowo w Neapolu? – spytałam Giulia, który zna dobrze południe Italii.
- WALKA – oświadcza. – A co było tym słowem w twojej rodzinie, kiedy dorastałaś?
Trudne pytanie. (…)
- Jakie jest twoje słowo?

                                          "JEDZ MÓDL SIĘ KOCHAJ"


Ten fragment bardzo mnie rozbawił. A zarazem sprowokował, abym spróbowała odpowiedzieć na podobne pytania.
Jakie jest moje słowo?

POSZUKIWAĆ? ODKRYWAĆ? TWORZYĆ? IŚĆ DO PRZODU? A może FRUSTRACJA? HUŚTAWKA? AMBICJE? POŚPIECH? PRACA NAD SOBĄ? UŚMIECH? PRZYAJAŻŃ? AKCEPTACJA?

Liz miała rację – to trudne pytanie. Ale kiedy już troszkę lepiej poznałam siebie, jestem prawie pewna, że to słowo to EKSPERYMENTOWAĆ. Uświadomiła mi to Pani Sowa.

A jakie jest Twoje słowo?

środa, 12 maja 2010

bel far niente!

Ludzie uważają, że bratnia dusza oznacza idealne dopasowanie, i tego właśnie wszyscy pragną. Tak naprawdę bratnia dusza to lustro, osoba, która pokazuje ci wszystko, co jest w tobie zdławione, osoba, która zwraca twoją uwagę na samą siebie, żebyś mogła odmienić własne życie. Prawdziwe bratnie dusze to prawdopodobnie najważniejsze osoby, z jakimi mamy do czynienia, bo to one obalają mury, którymi się otaczamy i powodują, że możemy się ocknąć. Ale zostać z bratnią duszą na stałe? Nie. To byłoby zbyt bolesne. Bratnie dusze pojawiają się w naszym życiu, żeby odsłonić przed nami kolejną warstwę nas samych, po czym odchodzą. I dzięki Bogu.”            
                                        „JEDZ  MÓDL SIĘ  KOCHAJ” 
                                                                     Elizabeth Gilbert

 Nagle okazuje się, że nie jestem sama w swoich rozmyślaniach. Choć Liz dochodzi do ważnych wniosków w dużo ciekawszych okolicznościach (Italia, Indie, Indonezja), ale też dużo bardziej dramatycznych (rozwód i zawód miłosny) i poznaje mnóstwo interesujących ludzi, na stronicach swojej książki pokazuje prawdziwą siebie, swoje lęki i słabości. Stopniowo odkrywa prawdziwe cechy swojego charakteru i to, czego pragnie. Nie jest to, bowiem, wbrew pozorom, rzecz oczywista. Przy okazji przydatną umiejętnością jest trafne opisywanie tego, co się dzieje. I dookoła i w nas samych. Uwielbiam tę książkę. Nie mniej – jak w pogrubiającym lustrze widzę swoje dylematy – chęć panowania nad wszystkim (włącznie z uczuciami), bolesna świadomość upływającego czasu, chęć zmiany i dystansu, osiągnięcia spokoju i umiejętności racjonalnego osądu w każdej sytuacji, nie zamartwianie się na zapas i odnalezienie przyjemności w chwili obecnej oraz tego, że na tę przyjemność w pełni zasługuję.

  Mieszkając u dziadków, choćby przez krótki czas, zaobserwowałam, że dzieje się ze mną coś zupełnie innego niż, na co dzień. Mój umysł się wycisza, pozwalam sobie cieszyć się spokojem i otaczającym mnie pięknem i harmonią. Nawet tego musiałam się nauczyć, ale już dojrzałam do tego, by to osiągnąć. Bel far niente – piękne nieróbstwo. Jednak gdy tylko zacznę myśleć o swoich szkolnych zobowiązaniach, tym co powinnam się nauczyć i opanować, ile zrobić – automatycznie czuję w sobie napięcie i martwię się na zapas. Zabraniam sobie tak czuć, odrywam swoje myśli od tego co mi ciąży i pozwalam sobie na relaks. Niestety wiem, że skończy się on w momencie powrotu do szkoły. Dobrze chociaż, że wiem, że moja ostoja gdzieś istnieje. Kolejne wyzwanie – nauczyć się nosić w sobie tę ostoję. Bym mogła zatracić się w niej w każdej chwili, choćby na moment.

wtorek, 11 maja 2010

"JEDZ MÓDL SIĘ KOCHAJ" Elizabeth Gilbert


 To książka, którą teraz czytam, a właściwie, którą się delektuję - zakupiona podczas Międzynarodowego Dnia Książki w empiku. To opowieść o podróży – fizycznej i metafizycznej, w poszukiwaniu siebie. Kobieta po 30-stce znajduje odwagę by zmienić swoje życie i na nowo nauczyć się być sobą.  Niełatwo jest wyrwać się z torów, które z takim trudem układaliśmy. Ale co jeśli okaże się, że nie prowadzą tam, gdzie chcieliśmy dojechać? Czy dalej będziemy nimi ślepo podążać tylko po to by nie uznać czasu poświęconego na ich budowę za zmarnowany? Ludzie często tak robią. Ze strachu, że wykolejenie się będzie zbyt bolesne i nie znajdą innych torów, którymi mogliby spokojnie turkotać. Ale czy nie ciekawiej byłoby pozwolić sobie być pasażerem na gapę? Trochę poczekać, złapać się pędzącego gdzieś w dal pociągu i zobaczyć gdzie nas zawiezie? I ten złośliwy dreszczyk emocji, że konduktor może nas złapać!

Dzięki książkom łapię dystans. Gdy czytam o czyimś życiu, zdaję sobie sprawę z rzeczy niebywale oczywistej (jednej z tych oczywistości o których się zapomina) – że moje obecne życie może się w każdej chwili zmienić, jest tylko etapem, który nie będzie trwał wiecznie (na szczęście/niestety). Moim szczęściem nie jest tylko nauka i szkoła. Szczęście czerpię z siebie, więc gdziekolwiek będę, mogę być szczęśliwa. Dlatego nie ma sensu zanadto przejmować się sprawami, które zajmują nas jedynie przez chwilę (uwaga! Co nie oznacza bagatelizowania ich).

po prostu jedz
              módl się
               i kochaj

poniedziałek, 10 maja 2010

Hitokage & psychodelic world of Salvador Dali

 Od jakiegoś czasu koresponduję z pewną dziewczyną z Taiwanu. Nazywa się Yen-Yu Liu. Co spowodowało zabawną sytuację, bowiem nam, ludziom Zachodu, trudno ocenić dalekowschodnie imiona w kategoriach męskie/żeńskie... Ostatecznie posługujemy się jej pseudonimem - Hitokage. Pisujemy krótkie maile, ale daniem głównym są różne pocztówki -poznałyśmy się przez postcrossing. 
Najnowsza kartka od niej to reprodukcja obrazu Salvadora Dali "Exploading Raphaelesque Head". Opowiedziała mi, że kupiła ją podczas wystawy w Imperial Palace. Tak mi się spodobała, że trochę poczytałam i pooglądałam... Dali miał czasem lekko psychodeliczne wizje, jak na mój gust. 

Podobają mi się jego obrazy: 
od pokazujących postaci niebezpośrednio - poprzez układ innych obiektów na obrazie stwarza ukryte dno - pomysłowo - jak w "The Invisible Man" (1)

takich, które przerabiają rzeczywistość na dziwaczny świat Salvadora Felipe Jacinto Dali, jak portret jego żony "My Wife Naked Looking at her own Body" (2), 

przez ukazujące motywy mitologiczne, jak "Venus with Cupids" (3) i widoki miast, oczywiście w dziwacznym świecie Salvadora Felipe Jacinto Dali (4), 

po te o najbardziej nieprzewidywalnej tematyce, jak "The Great Masturbator" (5)

(1) 
(2)

(3)
(4)

(5)

To się nazywa mieć wyobraźnię. I nasz drogi Sal był tego świadom mówiąc:
"Every morning when I wake up, I experience an exquisite joy - the joy of being Salvador Dalí - and I ask myself in rapture: What wonderful things this Salvador Dalí is going to accomplish today?"




 PS. Natknęłam się też na rysunek, który w jakiś (dziwny Salvadorowo Dali) sposób odzwierciedla metaforę szafy. 






niedziela, 9 maja 2010

Magdalena

Odwiedziłam ostatnio z koleżanką sklep dla plastyków i zaopatrzyłam się w cudny długopis do szkiców. Doznałam weny, więc postanowiłam puścić rysik w ruch i puff! zmalowałam moją przyjaciółkę Magdalenę.



szafa

Odłączyłam kabel, odstawiłam szafę, zrobiłam herbatkę, kupiłam marchewkę. 



Co to oznacza? Nie wystawiam się na pokuszenie (bo wywnioskowałam, że stałe łącze internetowe to bliska do przekroczenia granica zaginania się czasoprzestrzeni, która w przedziwny sposób pochłania wolny czas), w końcu dojrzałam do porzucenia chorych ambicji, zrelaksowałam swoją duszę, zdystansowałam i przyjmuję taktykę zachęty do pracy. Ot, moja metamorfoza dalej postępuje. 

 Rozwijając kwestię szafy. Ostatnio z Panią Sową zwizualizowałyśmy mój problem permanentnego braku satysfakcji życiowej (tej długodystansowej). Ten obraz wywołał we mnie niepohamowany śmiech, a Pani Sowa stwierdziła, że to najlepszy dowód na to, że trafiła w sedno. Proszę sobie wyobrazić Antoninę – masochistkę dźwigającą na swoich barkach wielką, ciężką szafę z mnóstwem szuflad (to moje ambicje). Zamiast rozsądnie odłożyć ją na bok i codziennie sięgać do jednej szufladki, co robi Tosia? Mówi: „tak! Dawaj jeszcze jedno do szuflady! Udźwignę, a co tam! ”. Uciszam głosy mówiące, żebym dała sobie spokój, słucham jedynie tych podtrzymujących mnie w przekonaniu, że moje męczeństwo służy jakiemuś celowi. Ale tak między Bogiem a prawdą (jak to mówi kochana Pani Cz.) jest to zwykłe zakładanie klapek na oczy. To tak jakby moje przyjaciółki - Podświadomość i Dusza – stały obok i doradzały zdjęcie tej nieszczęsnej szafy ze swoich barków.  Jednak Antonina – masochistka słucha tylko tłumu skanującego: „Powinnaś dalej dźwigać tę szafę, jak każdy, inni mają większe i dają radę!” Ale czy ktoś powiedział, że większość ma zawsze rację? Chyba powiedział… Ale jest też coś takiego jak dobro jednostki i szczere intencje. Bezosobowy tłum chyba nie pragnie mojego szczęścia, tak sobie myślę.

       Tak to już jest, zawsze myślimy z jakiejś perspektywy. Zwykle nie takiej, która pozwoliłaby nam zobaczyć istotę sprawy. Dużo rozmyślam, taka moja natura, zwykle nie potrafię wyobrazić sobie chwili, w której moje dylematy się rozwiążą. I nagle coś zaskoczyło. Jestem gotowa.

       Razem z Coco stwierdziłyśmy, że ludzie chyba nie chcą być szczęśliwi (taki paradoks ludzkości). Uważają, że cierpiąc są coś więcej warci, bo nie żyją czymś tak błahym i nietrwałym tylko szukają czegoś lepszego (zapewne nieistniejącego). To chyba jakaś psychodeliczna forma męczeństwa. Ale prowadzi jedynie do… chyba wiadomo - przeciwieństwa szczęścia. Jako świadoma tego chorego mechanizmu kobieta powinnam z łatwością zaradzić pojawieniu się go w moim życiu. Co więc czynię? Znajduję szafie wygodne miejsce na widoku, ale nie zbyt blisko, by nie przysłaniała horyzontu. W końcu, jak powiedział Arystoteles – jedyne, na co mamy wpływ to cnoty, które możemy w sobie wykształcić (czyli charakter), reszta to kwestia fortuny. 

piątek, 23 kwietnia 2010

ciastko


Mówi się, że można zjeść ciastko, albo mieć ciastko. Pytanie - czy wolimy cudowną perspektywę zjedzenia ciastka, czy uczucie przyjemności samego jedzenia? Jedno może trwać w nieskończoność, drugie tylko przez chwilę. Ważna jest jeszcze kwestia, czy po zjedzeniu ciastka będziemy żyli miłym wspomnieniem o jedzeniu go, czy też będziemy żałowali owej konsumpcji wspominając czasy, gdy ciastko jeszcze mieliśmy. Wniosek jest przykry - w obu przypadkach doświadczamy frustracji - albo nigdy nie zjemy ciastka ze strachu przed jego utraceniem, albo będzie nam przykro z powodu jego braku.

Niektórzy usilnie próbują zjeść ciastko i nadal mieć ciastko. I jest to wykonalne! Ale czy przypadkiem nie sprawimy wtedy, że ciastko przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie? Jeśli w każdej chwili możemy zjeść ciastko, przestaje ono być warte czekania. Wtedy nam się nudzi. Bierne przyjmowanie ciastka odbiera mu słodycz. 

A co jeśli mamy całe pudełko ciastek? Część osób zje wszystko naraz, żeby nikt nie podjadł w czasie nieobecności właściciela lub przez niemożność powstrzymania się, w końcu to wprost boskie ciasteczka. Ale nawet ulubione słodkości w nadmiarze powodują mdłości. Jak się zje za dużo, choć wiadomo, że są przecież takie smaczne, nie można już na nie patrzeć.

Chyba najlepiej mieć to jedno ciasteczko i co jakiś czas delektować się każdym malutkim kęsem. Taka ciasteczkowa wersja złotego środka.

Zdaje mi się, że ten mechanizm działa w wielu dziedzinach życia. Ale własną analogię...
znajdźcie sami.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

nowy zawodnik

Sprawa rysuje się tak: Pan Serce i Pan Rozum wcale nie są sami w tej grze. Jest jeszcze jeden zawodnik. Niestety jest bardzo sprytny i potrafi wmówić nam, że to, co się dzieje to nie jego robota. Jest jak sufler, który podpowiada nam jak się zachować, a my jeszcze myślimy, że sami na to wpadliśmy, albo gorzej - że dzięki Panu Rozumowi. Niestety dalekie to od prawdy, bo tajemniczy składnik, choć tak oczywisty, nie jest uwzględniany w tych wszystkich psychologicznych gadaninach o kłótni Rozumu i Serca. A gdzie dwóch się bije... Tam rządzi subtelna, nieugięta i bezkompromisowa Pani Chemia (dla przyjaciół - Pożądanie).


Spójrzmy prawdzie w oczy - ta panna jest nieujarzmiona i nie usprawiedliwia się racjonalnymi argumentami. Właściwie w ogóle się nie usprawiedliwia. Po prostu karze. Nawet jak się jej wypierasz, kiedy zamkniesz oczy i tak zmanipuluje przesympatycznych panów. Nawet uczucia nie są podstawą do tego w kim się zakochujemy. Gdyby ludzie słuchali Rozumu, a nawet Serca (choć to się podobno nie opłaca) - nie byłoby czegoś takiego jak tragiczna miłość. Ile razy zdarzyło się, że z jakąś osobą świetnie nam się spędza czas i rozmawia, ale nie ma tego iskrzenia? A osoba, z którą teoretycznie nie czujemy się tak dobrze - rozpalała w nas ogień i peszy. 


Odwieczna zagadka. 



niedziela, 18 kwietnia 2010

Hołd dla Neptuna cz. III

NA PEŁNYM MORZU 




Wieczorem znów wypływamy na pełne morze. Z tą różnicą, że najbliższe dwie doby w całości spędzimy na wodzie. A na statku nawet szybki prysznic, czy przebranie się z dziesiątek warstw ubrań, staje się problematyczne. Kurs – Monaco!








Czas tutaj płynie zupełnie inaczej niż na lądzie. Zdaje się, że coś takiego jak dzień i noc nie ma znaczenia. Żyje się od wachty do wachty. Spanie, obiad, wachta, wachta, spanie, nieustanne kołysanie. Między 4 a 8 rano mamy wachtę nawigacyjną. Od mżawki przechodzi do ulewy. Wiatr jest tak słaby, że musimy wciąż zmieniać kurs, przez co nieustannie jesteśmy zaprzęgani do lin. Przemoknięta stoję na lewym oku i uważnie wpatruję się w horyzont, cała trzęsę się z zimna. W końcu trafiam do kabiny nawigacyjnej, gdzie otępiale patrzę się na radar. Po tych męczących godzinach na pokładzie w końcu możemy się położyć. 











Jako że na zewnątrz dużo lepiej znosi się przechyły, wykorzystaliśmy wolny czas na oddychanie świeżym powietrzem. I wybraliśmy świetny moment, bo akurat pojawiły się delfiny wywołując wszechobecny entuzjazm i pospieszne kursowanie pod pokład po aparaty.











Po integracji z naturą przyszedł czas na kolejną zmianę. Długą noc obserwowania morza i przeciągania lin umilają nam śpiewane półgłosem szanty i rozważania kulinarne (marynarze lubują się chyba w słonych, jak morze, potrawach). Ślimaczym tempem zmierzamy ku Monte Carlo.













Ad. Zdjęcia zamieszczone w tym poście są autorstwa Janka P :)