środa, 27 lipca 2011

'I APOLOGIZE' Gisèle Vienne


koncepcja: Gisèle Vienne
tekst, lektura tekstu: Dennis Cooper
muzyka: Peter Rehberg
projekt lalek: Raphaël Rubbens, Dorothéa Vienne-Pollak i Gisèle Vienne
współtworzą i występują: Jonathan Capdevielle, Anja Röttger i Jean-Luc Verna


                       /5.07.2011/

Pierwszej dawki teatralnych nowości zażyliśmy w halach MTP (Międzynarodowych Targach Poznańskich). Ten ogromny teren wyglądał cicho i spokojnie, co wzbudzało w nas podejrzliwość, ale gdy znaleźliśmy się już w tłumie ciekawej świata, międzynarodowej mieszanki fanów teatru, wczuliśmy się w klimat.

I Apoligize to pierwszy całkowicie autorski spektakl Gisele Vienne. (…) Przez wiele osób uważany jest za jeden z najodważniejszych w jej twórczości. Jego punktem wyjścia jest rekonstrukcja wypadku.  Młody mężczyzna reżyseruje mężczyznę i kobietę – przypominających barokowo-rockowe ikony – oraz ponad dwadzieścia nastolatków reprezentowanych przez lalki. Za ich pomocą odtwarza kolejne wersje wypadku, próbując dotrzeć do prawdy na temat prawdziwego zdarzenia. Rzeczywistość okazuje się jednak subiektywna, pełna luk, szczelin, które wypełniają nasze fantazje. Gdzie przebiega granica między prawdą a wyobrażeniem? Jak odróżnić fikcję od rzeczywistości? – to pytania powracające w całej twórczości Vienne. Czytane przez Dennisa Coopera na scenie monologi i fragmenty poezji pozostają w intymnej relacji z linią muzyczną przedstawienia. Słowa, obrazy, muzyka, działania sceniczne dopełniają się, prowadząc nas ku ciemnym obszarom istnienia, gdzie dominuje pożądanie, śmierć i zbrodnia.

Intrygujący opis i elementy teatru lalek bardzo mnie zaciekawiły. Tymczasem okazało się to być jednym wielkim gównem. Zalatującym brutalnością, transseksualizmem i bezsensem. Dźwięki, których nie można nazwać muzyką, rozdzierały uszy, budziły niepokój, powodowały gęsią skórkę i chęć natychmiastowego opuszczenia budynku. I niektórzy tak zrobili. Mniej odważni tylko zatykali uszy. Słowa dochodzące z głośników nie miały najmniejszego powiązania z tym niemym, mrocznym cyrkiem, który odbywał się na scenie.

kiedy jej plecy się rozdarły
I zbryzgały nas
Pod błyskawicą mego pasa
Gdy wpełzła
W ruchome piaski mego łoża

Kiedy ją poddusiłem,
Uniosłem klapę od sedesu
I uderzyłem w twarz
Aż ujrzała naszyjnik
Którym ją obdarowałem.

Nie ten chłopak, który śnił, że ono zostanie magikiem. Nie ten chłopak, który sądził, że ono przetrwa wszędzie, jak autostrada. Nie ten chłopak, który osunął się na chodnik, jakby to był jego śpiwór. Nie ten chłopak, który je zaćpał i próbował uciec jak jego zakładnik. Nie ten chłopak…

Fragmenty tego bełkotu pochodzą z tłumaczenia skryptu. Tekst w oryginale był po angielsku. Poeta, który go czytał, Denis Cooper, deklamował go z zimną krwią, bez jakiegokolwiek zabarwienia emocjami. Nieważne czy właśnie mówił o problemach z narkotykami, niezidentyfikowanym chłopakiem/dziewczyną, czy też dramatu własnego jestestwa. Do tego tak niewyraźnie jakby sam był pod wpływem.

Lalki w skali 1:1, które były jedynymi postaciami, wartymi uwagi i grającymi swoje role niezwykle autentycznie, traktowano brutalnie, wywlekając je i pakując z powrotem w drewniane trumienki, które równie dobrze mogły uchodzić za skrzynie na owoce.

Gdyby ktoś mnie zapytał, co było dominantą tego przedstawienia, powiedziałabym, że miotanie się w tę i nazad faceta sprawiającego wrażenie zawładniętego wszechobecnym brudem, z rowkiem na wierzchu oraz ujawniające się nieco później szaleńcze wygibasy czarnowłosej kobiety, która w swej zwiewnej mini spódniczce i białej twarzyczce przypominała owe martwe lalki.

NIE POLECAM.




Szukając innych opinii w internecie na temat tej wzbudzającej skrajne emocje twórczyni natknęłam się na dwa ciekawe teksty:
1. Bronię Gisele Vienne  -> zachęcam do zapoznania się z moim komentarzem pod artykułem

maltańska przygoda

Nasze wakacyjne przygody rozpoczynamy od wyprawy do Poznania, na festiwal teatralny MALTA. To już 21. edycja. Jako, że wiele rzeczy dzieje się tam równolegle, musieliśmy stworzyć swój własny grafik. Każdy bilet trzeba było kupować oddzielnie, ale większość udało się zdobyć. Wszystko wydaje się być ciekawe, ale jak będzie w rzeczywistości, przekonamy się sami. Z samym pobytem w Poznaniu też było duże zamieszanie. Mieszkanie, które wydawało się być pewniakiem, w ostatniej chwili odwołano i musieliśmy obdzwonić wszystkie możliwe kontakty aż w końcu udało się! Po wielu nerwowych chwilach i zgubnych nadziejach, los opowiedział się po naszej stronie. Stara kamienica w centrum Poznania przyjęła nas swoimi wysokimi sufitami z antresolą, dziwacznym sąsiedztwem i luzackim współlokatorem. Jako profesjonalni podróżnicy przygotowaliśmy także lekko eksperymentalne menu na cały wyjazd. Plan dnia wyglądał więc nad wyraz zachęcająco:
12:00 – początek dnia, ostatnie chwile wylegiwania się w łóżku
12:30 – pisanie relacji teatralnych z poprzedniego dnia
13:00 – pichcenie pyszności
15:00 – wyprawa na zakupy do Starego Browaru na następny dzień
16:00 – 23:30 - teatralna część dnia połączona ze zwiedzaniem miasta

Zapraszam Was na maltańską przygodę.


piątek, 24 czerwca 2011

Dzień Ojca - smacznego!

To już drugi dzień wakacji! Obiecałam sobie, że w ten piękny, słoneczny, wolny od nakazów czas wypróbuję całą masę kulinarnych przepisów. A tu nadarza się piękna okazja - Dzień Ojca.


Tak się złożyło, że tego samego dnia było Boże Ciało i zamknięto wszystkie sklepy, co w prosty sposób spowodowało, że mój pyszny plan skończył się fiaskiem jeszcze przed początkiem realizacji. Ale dziś już od południa pichcę ryż z szafranem w winie i fasolkę szparagową z oliwkami i cebulką. A jeszcze czeka na mnie tarta au chocolat na piknik multiokazyjny. 


RYŻ SZAFRANOWY 


składniki
4 cebule (jeśli są większe, wystarczy mniej)
2 listki kopru włoskiego (nie zawsze łatwo go dostać, 
zwykły koperek też jest dobry)
50g masła
3 filiżanki ryżu
2 filiżanki białego wina (w zależności od rozmiaru filiżanki, 
ale wystarczy jedna, bo ryż może zrobić zbyt kwaskowaty)
4 filiżanki rosołu z kury (bulion z kostki)
2 szczypty szafranu
sok z 2 cytryn


przygotowanie
1) obraną cebulę i umyte listki kopru drobno pokroić i zrumienić na rozgrzanym maśle
2) dodać ryż, wino i rosół
3) dodać szafran i sok z cytryn
4) dusić pod przykryciem ok. 18 min   (ryż powinien wchłonąć większość płynów)


* można uformować z gotowego ryżu "babeczki" z pomocą małych foremek wysmarowanych olejem


FASOLKA SZPARAGOWA Z OLIWKAMI


składniki
80 dag zielonej/żółtej fasolki
4 cebulki
garść czarnych oliwek bez pestek
1 łyżeczka suszonego tymianku
2 łyżki oleju
1 szklanka bulionu
sól, pieprz


przygotowanie
1) z fasolki obcinamy końcówki
2) usuwamy włókienka (żółtej fasolce nie trzeba)
3) strączki przekrajamy poprzecznie na połowy
4) cebulki kroimy w ćwiardki, oliwki na pół
5) zeszklimy cebulkę na oleju na złoty kolor
6) dodajemy do cebulki fasolkę i tymianek
7) podlewamy bulionem, doprawiamy do smaku
8) przykrywamy i dusimy aż fasolka będzie miękka
9) pod koniec wrzucamy oliwki i dusimy jeszcze ok. 5 min


TA DAM! 


Do tego ćwiardki świeżego pomidora i obiad gotowy. Miło jak cała rodzina siedzi razem przy stole.
Bon appetite

piątek, 10 czerwca 2011

Luby.Luba


To nie była błaha komedia. Interesowały ją bardziej ambitne pozycje. Takie, które mocno dźgają umysł, serce i ciało. Niczym rażona prądem drżała każdą komórką, analizując postaci, niejednoznaczne wątki, problemy bohaterów. Odczuwała jakąś dziwną przyjemność wczuwania się w czyjś świat, mogąc bezkarnie oskarżać, zabijać, flirtować, kochać. I to bez ruszenia się z fotela. "Mózg jest źródłem wszelkich rozkoszy", lubiła mawiać podczas licznych dysput z przyjaciółmi. Tę świadomość skrzętnie wykorzystywała pobudzając tę różową, niczym usta pragnące pocałunku, masę neuronów. Mimo tych anatomicznych fascynacji, jej wrażliwość i subtelność wpisywały ją bez pytania w szeregi romantyków. Lubiła nawet swoje ciche zawstydzenia, gdy w miejscu publicznym: kawiarni, autobusie, bibliotece, doprowadzała swoje ciało do ledwo zauważalnego acz obezwładniające uderzenia gorąca jedną tylko myślą. 

- Chodźmy już, seans zaraz się zaczyna.
- Uwielbiam Penelope, kreowane przez nią postacie są tak wyraziste!
- Drugie piętro, sana nr 5.
- A Hiszpan na stołku reżysera gwarantuje wyrafinowaną dawkę namiętności. 
  Tak się cieszę, że się wybraliśmy!
- Popcorn, czy nachos?
- Zostań dziś u mnie, nie lubię tak brutalnie opuszczać tych pięknych światów.
- Ja wezmę mały popcorn. Moja droga, to dlatego, że zbytnio się wczuwasz. 
  Właśnie z tego powodu nie chodzimy na horrory.

Czy to na zasadzie kontrastu i wzajemnej fascynacji, czy to uzupełniających się osobowości, Luby znakomicie rozumiał swą kobietę, mimo pozornej obojętności, a Lubej imponował racjonalizm Lubego - twardo stąpającego po Ziemi umięśnionego szatyna. Przez jakąś irracjonalną, niepisaną zasadę, ludzi o ciemnych włosnach traktuje się bardziej poważnie. W tym przypadku było to uzasadnione. Luby był bowiem typem niepozornego intelektualisty, nieświadomie działającego wedle powiedzenia "cicha woda brzegi rwie". Luba została porwana przez jej wartki nurt spodziewając się jedynie ochłodzić w oazie spokoju. Po dłuższym czasie znajomości nieopatrznie wypłynęła na głębokie wody i została wciągnięta przez wir. Zanurzyła się po uszy, bez szansy na zaczerpnięcie tchu. Zakochała się.

Prawdą jest, że Luba była gorącą wielbicielką Penelope Cruz, ale pobudki tej fascynacji wynikały raczej z podobieństwa charakterów jakiego się upatrywała. W każdej podszytej namiętnością scenie widziała siebie. Mężczyznom zaś nadawała w tajemnicy twarz Lubego. Dlatego zawsze w kinie była tak pobudzona. Intelektualne bodźce w połączeniu ze skondensowaną dawką pożądliwych spojrzeń, zagadek, czułego dotyku, łez, miłosnego uścisku, rywalizacji, błyskotliwych dialogów tudzież rytmicznych ruchów na 3/4, tworzyły mieszankę wybuchową. Podniecającą o tyle, że dostępną wyłącznie dla niej. "A ty, nieświadomy niczego Luby, trzymasz mnie delikatnie za dłoń i wcinasz popcorn", zwykła myśleć z rozbawieniem patrząc w ciemnościach na jego niewinną, czasem targaną emocjami, twarz. Za każdym razem, gdy złapał jej wzrok, jego szczery uśmiech natychmiast wywoływały gorący ucisk w podbrzuszu. Działał to na nią niezmiennie. Częściowo, dlatego, że czuła się przyłapana. W chwilach, gdy zdawał się na chwilę podejrzeć jej myśli, przypominały jej się słowa matki, jeszcze w początkach ich relacji. "To był taki grzeczny chłopiec, Luba! Wiedziałam, że maczałaś palce w tym zdemoralizowaniu."

- Luba, od pięciu minut lecą napisy końcowe, gdzie odpłynęłaś?
- Znów przyłapana.

środa, 8 czerwca 2011

relatywizm moralny rozhisteryzowanego klarnetu


Pod wpływem dwóch ciekawych artykułów z majowego "Bluszcza" o Woodym Allenie postanowiłam nadrobić choć częściowo moje filmowe braki. Oglądałam wcześniej jego najnowsze filmy, ale nie są one podstawą do jakkolwiek wartościowej rozmowy o stylu tej postaci zarówno w roli reżysera, jak i aktora, który przecież kształtował się przez lata. Jest tylko jeden sposób by wyrobić sobie własne zdanie. Oglądać. Przeżywać. Rozmyślać.

Moje wcześniejsze zdanie na temat tego pana, który wywarł ogromny wpływ na światową kinematografię, było raczej ubogie i płytkie, z braku wiedzy. Ot spojrzenie przeciętnego widza. Gdy poznałam część jego biografii (szczególnie tej prywatnej) i poglądy jakie głosi, tudzież które emanują z jego filmów, zbudziła się we mnie pewna konsternacja. Nagle reżyser błyskotliwych, zabawnych, ale zarazem poruszających ważne kwestie produkcji stał się stronniczym, zakompleksionym indywiduum

Tak to jest, każdy ma swoje dziwactwa. Z tą różnicą, że niektórzy trzymają je dla siebie, inni prezentują je całemu światu, wpływając dodatkowo na podświadomość odbiorców. Może to mieć dobre i złe skutki. Dziwactwem może być charakterystyczny sposób bycia, specyficzny humor, ale też wygłaszane poglądy i niejednoznaczna postawa.

W artykule Kazimiery Szczuki "Rozhisteryzowany klarnet" cytowane, ba! wytłuszczone i powiększone, są fragmenty przedstawiające jego poglądy w sferze seksualnej. Wiadomo bowiem, że wzrok zaintrygowanego kartkowicza spocznie dłużej w miejscu gdzie pojawia się słowo seks, monogamia, kastracja, masturbacja, kochanek, najlepiej w jednym zdaniu. Dość prymitywny sposób przyciągnięcia czytelnika, ale jak zawsze niezawodny. 

"Miłość rodzinna to propaganda skrywająca rodzaj kastracji: 
monogamia to areszt dla samej istoty męskiej witalności, 
radosnego pierwotnego popędu"
Sugerowałoby to jego nieskrywany mizoginizm i poczucie potrzeby ( być może fałszywego) liberalizmu. W końcu jak pisze Szczuka: Allen, dziecko rewolucji seksualnej.

Jednak inne wypowiedzi niejako zaprzeczają poprzednim:
"Mężczyźni udają silniejszych , nie płaczą, umierają na ataki serca. Kobiety wiedzą, czym powinien być seks, nigdy nie mylą go z miłością. Są bardziej dojrzałe, mniej wojownicze, delikatniejsze. Bliższe temu, czym powinno być życie."
Tymi słowami zdradza swoją fascynację i respekt do kobiet. Jaki jest więc prawdziwe podejście Allena? Tego się nie dowiemy. Ta niejednoznaczność prowokuje do jeszcze głębszego wnikania w dzieła reżysera, dopatrywania się sugestii, ukrytych znaczeń.

Seksualna swoboda obecna w filmach Allena zahacza nie tylko o problematykę erotyczną samą w sobie, ale przede wszystkim o wolność, której granice sami wyznaczamy. RELATYWIZM MORALNY. Po nafaszerowaniu się "Ojcem Goriot" Balzaka, "Długiem" Krauzego i "Linczem" Łukaszewicza wszędzie widzę relatywizm moralny. A może zwyczajnie otworzyły mi się oczy i dostrzegam więcej? Właściwie cały świat jest oparty na tym niepewnym pojęciu. RELATYWIZM MORALNY. 

"Bohaterowie Allena żenią się i rozwodzą, zdradzają i romansują jakby pogodzenia ze swoim poliamoryzmem"

Po obejrzeniu potrójnej dawki Woodiego w ostatnich dniach, dostrzegam także inny istotny środek przedstawienia tego zjawiska. Obejrzałam:

W pierwszej pozycji urzekli mnie główni bohaterowie (Scarlett Johansson i Woody Allen) obdarzeni błyskotliwością, żwawością i humorem. Druga emocjonalnie trzyma przy ekranie i zawiera zaskakujący zwrot akcji pod koniec. Trzecia nieprzewidywalna, nieco smutna, ale z przystojnym Ewanem McGregorem.

Wszystkie te tytuły łączy jeden element. W każdym jakaś niewinna osoba zostaje zamordowana, co staje się osią fabuły. Raz główny bohater jest sprawcą, raz jedynie szuka rozwiązania zagadki kryminalnej, ale pytania związane z trudnymi decyzjami, moralnością i przekraczaniem granic nieustannie przewijają się przez głowy zarówno bohaterów miotanych trudnościami, jak i zdezorientowanych widzów. Bohater jest dobry, czy zły? Mamy tendencje do kategoryzowania do skrajnych przypadków. Tak jak Krauze, Allen nie moralizuje, pokazuje sytuacje i każe odbiorcy wydać wyrok lub przyjąć kreowaną rzeczywistość na zimno.

Ile potrzeba by porządny człowiek stał się mordercą? 
Gdzie jest granica ostateczności? 
Czy istnieją sytuacje bez wyjścia? 
Ile okrucieństwa jesteśmy w stanie znieść lub zadać? 
Czy przypadek rządzi naszym życiem? 
Czy możemy ufać ludziom?

Takie pytania zdaje się stawiać reżyser. Nie daje jednak klarownej odpowiedzi na nie. Pozostawia odbiorcy pełno miejsca na pytania, interpretacje, nawet irytację, gdzieś pomiędzy napisami końcowymi, które równie dobrze mogły by być lecącymi z dołu ku górze stertami znaków zapytania. Pozostaje zarazem poczucie jakiejś pełni, całości a jednocześnie niedopowiedzenie sprawia, że historia nie jest zamknięta ani martwa.

No i zostałam z większą liczbą pytań niż odpowiedzi.

poniedziałek, 30 maja 2011

soutache

Co ta orientalnie brzmiąca nazwa oznacza dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Próby zagłębienia się w historię powstania tej techniki spełzły na niczym, więc poszukałam informacji drogą bezpośrednią - zapisałam się na warsztaty do Lasu Rąk.

Soutache = sutasz. To bardzo piękna i pracochłonna technika haftu biżuteryjnego. Sama nazwa pochodzi od specjalnych sznurków, które są nieodzownym elementem tej techniki. Wywodzi się ze starożytnych Chin a potem na długo została zapomniana. Zaczęła ją stosować i popularyzować izraelska artystka Dori Csengeri

Kiedy zachwycałam się pracami znalezionymi w internecie, nie wierzyłam, że sama mogłabym, coś takiego stworzyć. Ale udało się! 4h mozolnego dłubania w towarzystwie innych równie zdeterminowanych babeczek i powstało moje pierwsze dzieło soutache:

fot. Tomasz Dziewicki




niedziela, 10 kwietnia 2011

'Sen Antoniny

Ostatnimi czasy coraz częściej udaje mi się wprowadzić moje projekty w życie. I jestem z tego powodu nieprzyzwoicie dumna

Najnowsze pomysły zrodziły się przez świeżą koncepcję imprezy 18-tkowej. Na razie jej nie zdradzę, ale będzie kolorowo. Projekt ewoluował w mojej głowie przez kilka dni aż w końcu, w przypływie natchnienia - narysowałam ją. Pogodziłam się w końcu z pastelami, którymi, jak twierdziłam, nie umiałam stworzyć nic ładnego. Ale to tylko kwestia pomysłu i stylu. 
Tylko albo aż :>

Druga sukienka wyszła spod ołówka rzutem na taśmę. Kontrastowe kolory, dopasowana, z awangardowym elementem na plecach. Ten dodatek ma podkreślać indywidualność projektu o dość prostym kroju. W celu znalezienia odpowiedniego motywu przeglądałam wielki album "1000 ARCYDZIEŁ" Siostry Wendy, który dostałam niedawno od mojego (dawno niewidzianego) ojca chrzestnego. "Sen" Picassa idealnie wkomponował się w mój zamysł. Przedstawia śpiącą Marie-Térèse - jedyną osobę, którą Picasso niezmiennie malował z czułością. Na obrazie widzimy ją w dwóch ujęciach - zielony profil i różowo-zielona twarz ukazana en face.


Wybrałam do mojej naszywki popiersie Marie-Térèse. Najpiękniejszy i najbardziej zmysłowy fragment. Najpierw naszkicowałam je w miniaturze. Potem, gdy już kupiłam karty filcowe do jej stworzenia i realizacja była w zasięgu ręki - powstała wersja 1:1 pastelami olejnymi. Wycięłam odpowiednie fragmenty z filcu i pozostało jedynie je zszyć. Postanowiłam zrobić odbicie lustrzane oryginału.



Na moje szczęście pan H. wygadał się, że jego mama skończyła szkołę krawiecką i może mi pomóc. Dogadałyśmy się i wczoraj w końcu udało się spędzić wieczór omawiając projekty i tworząc moją pierwszą pracę na maszynie. Z czasem jak moje maleństwo powstawało, coraz bardziej mi się to podobało i uwierzyłam, że uda mi się zrealizować moje, bądź co bądź ambitne plany. Oto efekt wczorajszej nauki:



czwartek, 31 marca 2011

S&M

Jedząc sobie beztrosko moją ulubioną zupę krewetkową u chińczyka, zostałam zmuszona do oglądania MTV, co zaowocowało trwałym śladem w mojej psychice. Degradacja muzyki popowej postępuje w tak szybkim tempie, że jeszcze nie przyszło kolejne pokolenie, a już mogę gadać jak stara babcia "Co to się porobiło... Za moich czasów nie było takiej obsceniczności, phi" 

Ta potrawka z pop-gwiazdek jest bardzo pikantna. Tak, tak. 
Oraz niestrawna

Weźmy na widelec Rihannekolor pomidorowy, smak słodko-ostry, zapach seksu. Przed wyświetleniem na YouTube ostrzega nas znak, że zawartość przeznaczona jest dla osób dorosłych. Widzowie się nie zawiodą, bo czerwonowłosa panienka wije się rozkosznie w cukierkowym stroju spętana różową liną tudzież spaceruje z uzwierzęconym mężczyzną na smyczy. Przy okazji zdaje się kpić z dręczących ją dziennikarzy potakujących jak pieski, nie mających własnego zdania. Robi z nich swoich niewolników i biczuje ubrana w lateks. Na imprezce, gdzie też można dostrzec, już zdemoralizowanych, pracowników prasy, z omdlewającym spojrzeniem spogląda w kamerę liżąc loda lub powoli wsuwając banana do ust. Przy okazji śpiewa uwodzicielskim głosem: Sticks and stones may break my bones but chains and whips excite me. 

'Feels so good being bad (...)

It's exactly what I've been yearning for, give it to me strong

And meet me in my boudoir, make my body say ah ah ah
I like it-like it '

Nie ma to jak samouprzedmiotowienie, czyż  nie?
Zastanawiam się, czy takie zachowania byłyby naturalne dla osób lubiących zabawę 'na Rihanne', gdyby ich partnerami byli ludzie, których na prawdę dobrze znają i łączy ich jakaś więź emocjonalna. Śmiem wątpić. A więc w prostej linii prowadzi to do wniosku, że propagowany jest seks przypadkowy, z nieznajomymi, dla dobrej zabawy. Szczególnie jeśli ktoś lubi czuć się jak dziwka.


Tak sobie myślę.. Skoro teraz już są AVN Awards, czyli tzw porno-Oskary, może niedługo po prostu nie trzeba będzie rozróżniać kategorii między najlepszymi gwiazdami Pop i Porno. Kategoria PoPo. Brzmi całkiem zgrabnie. 

Kolejny kęs - Doda. Kolor cykorii, smak świeżego mięsa, zapach seksu. 
Muszę przyznać, że byłam nieco zaskoczona jej 'zzachodnieniem'. Pod względem technicznym teledysk wyróżnia się wśród innych rodzimych produkcji. Widać, że ma duży budżet. Szkoda tylko, że nie został przeznaczony na coś sensownego. "Bad girls" powzięło za główny motyw drapieżne fanki nekrofilii. Zainspirowana widocznie swoją koleżanką z US, Doda nie omieszkała umieścić aluzji sado-maso

'Twe miejsce jest u moich stóp

Ja pani twa i twój bóg
Bierz w zęby smycz i przynoś mi bat
Się śliń i giń, u stóp moich siad
Bierz w zęby smycz i kładź się na wznak'

Z kolei wracając do motywów romantycznych, "królowa popu" wznosi siebie na piedestale ogłaszając rewolucją i nową konstytucją ('Ja jestem rewolucja, ja nowa konstytucja'). 


Jak dobrze, że zawsze istnieje jakaś alternatywa. Szkoda tylko, że te, zaprogramowane przez manipulatorów społeczeństwa, cholerstwa siedzą potem w głowie. 

wtorek, 29 marca 2011

Chodź do teatru!


iiiiiiiiiii .... AKCJA! Akcja - improwizacja. Dzisiejszy dzień poświęciłam dla teatru. Dzień niepowtarzalny, bo skumulowały się wszystkie najciekawsze wydarzenia zorganizowane z okazji 50. Międzynarodowego Dnia Teatru. Niestety tyle tego było, że jak to w życiu bywa, trzeba było z czegoś zrezygnować. Mój skrzętnie opracowany pod każdym względem plan zawierał:

1) 10:00 - Krakowskie Przedmieście - na dobry początek dnia oglądanie wystawy DSH na świeżym powietrzu o historii kolarstwa w RP oraz śmianie się z bicykli oraz szorcików panów kolarzy.
- Sklep z kanapkami - na drugie śniadanie tarta z kurczakiem z curry na ciepło 
    
2) 11:30 - Powiśle - Teatr Ateneum - Teatr z taśmy - projekcja spektaklu Król Edyp Sofoklesa w reż. Gustawa Holoubka, na który to cudem zdobyłam wejściówki mimo, że w informacji ciągle powtarzali, że nie ma miejsc. Po małym wprowadzeniu pani Anety Kielak i rozdaniu prezentów dla widzów w postaci albumów dotyczących spektaklu, który był wystawiany w 2004 r. po czym sfilmowany rok później. Znany mi już z Lawy głos Holoubka pobrzmiewał pomiędzy epejzodionami, wciągając jeszcze głębiej w ten antyczny kryminał, w którym każdy nieustannie powołuje się na swą śmierć tudzież komuś śmiercią grozi. Niesamowite operowanie światłem. Śmiem wnioskować, że Holoubek się w tej formie ekspresji lubował. Światłocień jako forma kontrastująca dobro i zło. Mrok ukrywający straszne sekrety i odważne światło wydobywające je na wierzch. Noc jako smutek i poniżenie, dzień jako chwała i szczęście (rozmowa z Tyrezjaszem). Mimo przeniesienia na ekran, cała koncepcja teatralna została niezmieniona. Aktorzy mieli do dyspozycji jedynie własne ciała, głosy, światło, interakcję. Nic poza tym. A jednak w umysłach widzów akcja toczyła się wartko, wyobraźnia dorabiała resztę - pomieszczenia, krajobrazy. Magia teatru.

W roli głównej Piotr Fronczewski. Początkowo rozczarowała mnie jego mimika. Choć idealnie modulował głosem, jego oczy były martwe. W ogóle całą postać wykreował na bardzo ..kamienną. Słabość ujawnia jedynie w objęciach Jokasty - wtedy możemy dostrzec jak przez zasłonę, nie tyle znaczenie jego rozpaczliwych słów, ale żywe emocje. Pytanie tylko, czy tulił się do niej jak do żony, czy jak do matki? (<--haczyk) A może to nie ma znaczenia, każdy potrzebuje czułości. 

3) 13:00 - Teatr Ateneum - Oszustwa teatralne - pokazo-wykład ze scenografem Marcinem Stajewskim, który wprowadzał widownię (ku mojej rozpaczy - zachowującej się jak gimnazjaliści, w złym tego słowa znaczeniu, ze swoimi idiotycznymi komentarzami właśnie wtedy gdy chłonęłam cudowność chwili) w niektóre tajniki 'efektów specjalnych'. W demonstracjach pomagali wolontariusze. Choć, jak sam podkreślił prowadzący, nie jest to najnowsza technologia, i tak robiła bardzo pozytywne wrażenie. Szczerze mówiąc niewiele razy było mi dane zobaczyć tak efektowne wykorzystanie wiatru, świateł i mgły podczas spektakli, więc był to kolejny atut. 

Po wszystkich oficjalnych zajęciach przyszła pora na tzw. atrakcje dodatkowe, czyli można było wysłać pocztówki z kadrami z przedstawień na koszt teatru oraz zrobić sobie zdjęcie z elementem teatralnej garderoby, czego też nie omieszkałam uczynić :)

4) Pędem do centrum podzielić się wrażeniami z panem J. przy kubeczku gorącej kawy.

5) 15:30 - Powiśle - Teatr Polski - festiwal taneczny SPONTAN, gdzie występowała moja dobra koleżanka Lena wywijając zgrabnie w białym kostiumiku. Niezmiernie żałowałam, że nie mogłam zostać do końca, a jedynie na kilka występów. Choreografia dziewczyn-samurajek zrobiła na mnie powalające wrażenie (ależ ja bym tak chciała!).

6) 16:00 - Centrum - Teatr Dramatyczny - Niecodziennik - warsztat inspirowany spektaklem Córeczki - prowadzony przez dwie bardzo otwarte, żwawe i pomysłowe kobitki - Olę i Gochę. Skutecznie rozruszały cale towarzystwo serią zadań, nie zawsze łatwych. Nie na co dzień patrzy się nieznajomemu tyle czasu prosto w oczy. Kumulująca się energia jest niesamowita! Po małej integracji przeszliśmy do rzeczy. Tyle się działo! Jednak nie sposób tak do końca to opisać, bo wiele działo się niewerbalnie. Bawiliśmy się ruchem, przestrzenią, czasem, wzrokiem, intuicją. 

Nasze pierwsze zadanie wyglądało tak:
Chodziliśmy wzdłuż sali energicznym krokiem, imitując uliczny ruch. Na znak 'tu i teraz' zatrzymywaliśmy się i odgrywaliśmy improwizowaną sytuacje z najbliższą osobą. 
~ Pierwsza scenka to spotkanie dawno niewidzianego znajomego. Trafiłam na Gochę, która zdawała się tak niewymownie cieszyć ze spotkania mnie, że nie miałam najmniejszych problemów z wczuciem się w tę, skądinąd dziwaczną i aż nazbyt ekspresyjną, rozmowę.
~ Druga scenka to kłótnia. Większości osób sprawiła najmniej problemów. Choć nigdy tak na nikogo nie wrzeszczę, idea zagrania tego niebywale mi się podobała, choć pod koniec naszej małej historyjki ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Jako że było nas nieparzyście, trafiłam do kłótni w trójkąciku, co wyszło jeszcze dynamiczniej - a temat zawiązał się sam. 

zaczynam wrzeszczeć na faceta
- Jak mogłeś mi to zrobić! A ja ci zaufałam! Zdajesz sobie sprawę, co narobiłeś?! Nigdy ci tego nie wybaczę!!!!
- To nie moja wina! To nie było tak, o co ci chodzi, kobieto!?
dochodzi druga dziewczyna
- Kim ona jest, co?! Widziałam jak trzymaliście się za ręce! Co to ma znaczyć?!!!! 10 lat! 10 lat, a tu cooooo?!!!! Widzisz to lafiryndo?! (tu pokazuje wyimaginowany pierścionek) Kim ty w ogóle jesteś?!
- Kim ja jestem?! (tu do chłopaka) Wyjaśnisz mi, co tutaj się dzieje? Nie posądzałam cię, że spotykasz się z kimś innym. To zmienia postać rzeczy!!
- (chłopiec ucieka do grania idioty odkąd druga dziewczyna pojawiła się na horyzoncie - mówi do tej dziewczyny) Ale ja nie znam tej kobiety, kochanie!
- (ja) Jak to nie znasz?!! Teraz jeszcze się wypierasz?! Ty bezczelny! Kim jest ta dziewczyna, odpowiadaj! (...)

Tak to kłócąc się rozkosznie doszliśmy do nadal improwizowanego happy endu, iż rzeczony chłopak ma brata bliźniaka i nastąpiła niefortunna pomyłka.


Okazało się także, że te warsztaty to nie tylko jednodniowe wydarzenie, ale mały projekt prowadzący nas ...prosto na scenę! Tak więc zapewne będzie można zobaczyć nasze na wpół improwizowane efekty. Bardzo mnie to cieszy także dlatego, że w  grupie, która się na zajęcia dostała jest mnóstwo ciekawych osób, które chętnie poznałabym lepiej. A wspólna praca, do tego tak angażująca emocje, pozwala na nieskończoną ilość interakcji!

niedziela, 27 marca 2011

'Córeczki'

W Cafe Kulturalna pokazano coś, co nas obnażyło. Nas - kobiety. Na szczęście lub nieszczęście, duża część młodej męskiej publiczności nie zdołała uchwycić głębokiego sensu kobiecych głosów. A bywały głośne. I szeptem mówione. I chórem. Zabawne i ironiczne, drugi raz zrozpaczone, złe, sfrustrowane. Bo "Córeczki" to sztuka o kobiecym dorastaniu - swoistej metamorfozie z dziewczynki w kobietę. Istoty świadomej tego jaka jest, kim jest i czego pragnie. Zdobycie takiej wiedzy wcale nie jest łatwe. To walka z samą sobą. O ideały, które burzy rzeczywistość, o możliwość kształtowania siebie, o niezależność, o swoją prywatną erotykę, o miłość. 

Scenariusz został stworzony przez Małgorzatę Głuchowską i Justynę Lipko-Konieczną na podstawie I tomu pamiętników Zofii Nałkowskiej oraz fragmentów innych tekstów. Przewodniczkami po tym świecie przełomu XIX i XX wieku oraz uniwersalnym świecie kobiecych odczuć, prowadzą widzów cztery dziewczyny. I każda z nich jest... Zofią Nałkowską: Agnieszka Hajkiewicz, Lan Pham, Kasia Wąsikowska, Kasia Zimowska. Reprezentują myśli, z którymi tak wiele dziewczyn mogłoby się identyfikować. Do tego nie są ani profesjonalnymi aktorkami ani przypadkowymi osobami. Każda z nich coś tworzy. Czy to wiersze, czy opowiadania, czy bloga. Przelewają na papier (także elektroniczny) siebie i nie ważne w jakiej formie - liczy się samo tworzenie. Dzięki temu ich postacie są jeszcze bardziej realne i autentyczne. Są pomostem między dawnymi czasami a teraźniejszością. I dowodem na to, że w kwestii dojrzewania, nadal nic się nie zmieniło.

Sam spektakl był niesamowity i nieprzewidywalny. To właśnie lubię w teatrze - jego nieprzewidywalność. I ulotność. Świadomość namacalności i uchwycenia chwili nadaje oglądaniu przedstawień odmiennej, wyższej rangi. Każda próba nawet, jest nieco inna, nigdy się tak samo nie powtórzy. Jak w życiu.

"Córeczki" to idealny wprost materiał do analizy i interpretacji! Uczą nas tego uparcie na lekcjach języka polskiego, tymczasem przydałoby się to w naszym życiu kulturowym. Zrobić burzę mózgów, wymienić wrażenia. Bo tutaj właściwie nic nie jest powiedziane bezpośrednio. Nawet słowa, które mają oczywisty sens, zostały powiedziane nie bez przyczyny. Są częścią budowania atmosfery, zapasem przestrzeni do mówienia między wersami. Trudno w ogóle opisać fabułę. Było wiele scen niejasnych, jak choćby mówiąca w niezrozumiałym języku (skandynawskim?) piękność w sukience ze skóry. Karola stwierdziła, że to musi być jedna z kobiecych ról - postrzegana jako zwierz łowna. I to było bardzo trafne spostrzeżenie! Szczególnie zważając na zachowanie 'studencików' i ich pokazowy taniec siły.. Także monolog kobiety, która bardzo realistycznie wyrywała sobie zęby na scenie. Od tego charakterystycznego chrupnięcia przechodziły mnie dreszcze. Jak rozumieć opowieść, wywijającej w czarnym body kobiety z dwiema parami oczu, o młodej dziewczynie i straszliwym smoku, który nad ranem (w łóżku) okazywał się być księciem? Albo dziwaczny taniec kobiety-żyda? 

Jeśli oglądaliście spektakl, podzielcie się własnymi interpretacjami - zróbmy burzę mózgów!


środa, 16 marca 2011

Chazme718 / SEPE / Bezt

Udałam się ostatnio z moimi TowarzySzami na wystawę przedaukcyjną do Galerii Senatorska. To pierwsza w Polsce aukcja Street Artu. Niektóre prace mnie zachwyciły - swoją barwnością, nietuzinkową formą, absurdem przywodzącym nieraz na myśl twórczość Salvadora Dali (szczególnie prace SEPE). Zastanawiałam się jednak, czy sprzedawanie Street Artu nie jest zaprzeczeniem jego idei? To sztuka dla sztuki, młodzieńczy bunt, twórcy, których kupić nie można, bo działają nielegalnie a ich prace są krzykiem lub szeptem szarego człowieka pokazującego pazurki w tej miejskiej dżungli. Że każdy kto czuje w sobie potrzebę wyrazu i umie go wylać, nie musi zwać się 'prawdziwym' artystą by powiedzieć coś ważnego. W chwili gdy Street Art przeniesiemy z ulicy na  ściany galerii, przestaje być Street Artem. Nie twierdzę, że przestaje ciekawić, intrygować. Ale staje się zwyczajnie nowym nurtem w malarstwie. 

Chazme718 - Jazz w wolnych chwilach
Chazme718 - spacer
Zaciekawionym polecam do przejrzenia strony głównych autorów z wystawy:

poniedziałek, 28 lutego 2011

hand-made

Zawsze lubiłam sztukę. Tę sztukę dla sztuki i tę użytkową. Właściwie wszystko, co robimy samodzielnie i wkładamy w to serce staje się w pewnym sensie sztuką. Czasem aż trudno uwierzyć jak piękne i niezwykłe rzeczy ludzie robią ręcznie! Wystarczy zerknąć na Pakamerę, czy Wylęgarnię.

Ostatnio zostałam zarażona przez Madleine uroczą biżuterią pewnej Tynki. Takie rzeczy są fantastyczne także ze względu na swoją unikatowość. To nie (często kiczowa) masowa produkcja rodem z H&M. Dlatego też ciężej znaleźć coś takiego, tworzonego bez większego rozgłosu, zyskujące jednak z czasem grono wielbicieli.



















poniedziałek, 7 lutego 2011

ZAŚWIATY, czyli czy pies ma duszę?

Ciemno. Miasto nocą. Panienka w kowbojskim kapeluszu i Panienka w kowbojskich butach zmierzają do OCH-teatru by się pośmiać. 


Debiut reżyserski Marii Seweryn wzbudza bardzo duże zainteresowanie, mimo że premiera odbyła się w 2009 roku. I nie mam wątpliwości dlaczego. Sztuka jest bezlitośnie śmieszna. Jednak to czarna komedia. Połączenie nieraz trudnych tematów z komizmem postaci (wystarczy spojrzeć na bohaterki - trzy striptizerki ginące w wypadku samochodowym i trafiające do zaświatów w "służbowych" ciuchach ociekających trochę seksem, trochę kiczem), komizmem sytuacyjnym (właściwie cały spektakl to jeden wielki sytuacyjny, mocno sarkastyczny żart) i komizmem słownym (niezliczone ilości tekścików dotyczących śmierci, bo przecież "na raka już nie umrzemy, nie?", albo - "po moim trupie" --> jako że są martwe, takie nieświadome żarciki bawią nie tylko publiczność, ale i same bohaterki, gdy uświadamiają sobie głupotę własnej wypowiedzi). 

W powietrzu aż czuć było niezwykłą atmosferę ... zaświatów. Dosłownie "czuć", bo z panienką w kowbojskim kapeluszu siedziałyśmy w pierwszym rzędzie wdychając dym 'z zaświatów'. Na szczęście nikomu nic się nie stało, nikt się nie dusił (chyba że ze śmiechu), a żaden pies nie ucierpiał. Choć jeden brał udział w przedstawieniu,  miewał się niezwykle dobrze łasząc się do publiki po triumfalnym zejściu ze sceny.

Po spektaklu rozgorzała dyskusja. Bo choć niemal płakałyśmy ze śmiechu, kilka razy zabawne sytuacje zakrawały o tematy, z których normalnie, zdawałoby się, śmiać się nie wypada. Troszkę obrazy katolików, troszkę anegdotek o tatusiach-zboczeńcach, wątek zakochanego księdza, kpina ze śmierci. Z czegóż tu się śmiać, zapytacie? Ano niektórzy (jak Jerzy Masłowski - autor scenariusza) potrafią wszystko ubrać w śmieszne łaszki i patrzeć na to wszystko z dystansu. Czy można się śmiać ze wszystkiego? Choć te żarty bywają w pewnym sensie okrutne, dlaczego nie? W końcu to wszystko, co dzieje się tu, na Ziemi to jakiś (być może przypadkowy) splot wydarzeń i osób. Krótkotrwała forma. Dobro i zło, piękno i brzydota. Jak zakłada manicheizm, te wszystkie przeciwieństwa nie mogą bez siebie istnieć, wynikają z siebie. Zastanawiałam się kiedyś dlaczego tak jest, że natura dąży do przeciętności w kwestii wyglądu (zostało to udowodnione)? Przecież gdyby wszyscy byli piękni, nie mielibyśmy dylematów, liczyłby się tylko charakter. Ale zapewne wtedy do pewnego stopnia zanikłoby pojęcie piękna. Wszystko, co piękne stałoby się po prostu ... normalne. A to znów zmienia się w przeciętność. Koło się zamyka.

A wiara? Sztuka "ZAŚWIATY..." pokazuje alternatywną wizję drogi do nieba. Taką współczesną, taką namacalną i w tej sytuacji jakby - oczywistą. Tzw. "głęboko wierzący" (rozumiem przez to ślepo dążących za dogmatami, zamkniętych w zasadach i zastałych w poglądach ludzi ---> tak się popularnie rozumie to wyrażenie, choć tak być nie powinno - 'głęboko wierzący' to człowiek, który czuje wiarę głęboko w sercu, kieruje się sumieniem, chce być dobrym człowiekiem, kochać ludzi i poszerzać horyzonty, takie jest moje zdanie) mogliby się oburzyć. Ale przecież wiara to ważny aspekt życia na Ziemi. No właśnie - Ż Y C I A.  Które samo w sobie jest pełne wątpliwości, sprzeczności, swoich śmieszności. Podchodzenie to tego z dystansem i uśmiechem na twarzy nie musi oznaczać lekceważenia. Jedynie świadomość naszej ulotności i małostkowości. Podchodzenie do wszystkiego z postawą śmiertelnie poważną (nie wykluczam jej przydatności w niektórych sytuacjach) zdejmuje nam ten uśmiech z twarzy. A według mnie, nie warto go tracić.


strona spektaklu

wtorek, 1 lutego 2011

Pamiętniki Mirona w Kamienicy

Niesamowita muzyka. Współczesne brzmienie dźwięków - namacalne pobrzmiewanie historii. Akcja na wpół na scenie, na wpół przeniesiona na deski wyobraźni. Gdy rozlegają się silne dźwięki, pełne emocji głosy ludzi ukrytych w półcieniu, poruszających się jakby w zwolnionym tempie, i czas zwalnia. A ja mam dreszcze. Autentycznie. 

Przeplatanie akcji z naładowanymi energią piosenkami, grą światła, niemal żywą scenografią, dało niesamowity efekt. 
"To lubię - rzekłem - to lubię!"

Teatr Kamienica zaprasza nas na kawałek przeszłości ujętej w nowoczesnej formie (choreografem był Maciej "Gleba" Florek). Spektakl na podstawie wspomnień Mirona Białoszewskiego - "Pamiętniki z powstania warszawskiego" w reżyserii Jerzego Bielunasa oczarowuje. A może raczej ... każe siedzieć z otwartą buzią. Ja się przynajmniej na tym przyłapałam. Jednym słowem - wywarł na mnie duże, bardzo pozytywne wrażenie. Zawsze byłam zdania, że historię najlepiej poznawać poprzez źródła, które pokażą nam jak to było na prawdę. Daty, suche fakty. To jedno. Ale uczucia, autentyczne realia, bez koloryzowania, bez propagandy, to drugie. To są prawdziwe puzzle historii, zamknięte jednak w spreparowanym zwykle opakowaniu. Na szczęście niektórym chce się te puzzle poukładać. Wtedy inni mogą zobaczyć obrazek. I wyciągać wnioski. Odczuwać. Pamiętać.

Ludzie mają taką przerażającą zdolność przywykania nawet do tragicznej codzienności. Czy to w obozie koncentracyjnym, czy na wojnie, czy żyjąc trzy miesiące w piwnicach podczas bombardowań. Myślą i mówią o drobnostkach. Bo nie ma się gdzie umyć, bo nie ma drzwi do wychodka, bo Ixińska znowu mi podkradła kawałek sera. Tak to już jest. Bo co by się nie działo, trzeba przetrwać. A my, żyjąc w pokojowych czasach (względnie), możemy oglądać skrawki tej, niewyobrażalnej dla nas, rzeczywistości.

Po południu, odwiedziłam z Madeleine Dom Spotkań z Historią, aby obejrzeć wystawę "AMERYKANIN W WARSZAWIE - Stolica w obiektywie Juliena Bryana 1936-1974". Tematycznie i klimatycznie, potraktowałyśmy tę wystawę jako pewne ciekawe wprowadzenie do wieczornego spektaklu. Ten amerykański fotograf i filmowiec wytrwale dokumentował wydarzenia w Polsce. Dzięki niemu świat usłyszał jak na prawdę wygląda ta wojna. Jego zdjęć nie charakteryzuje wybitny warsztat, ale autentyczność i więź, jaką nawiązywał z ludźmi, gdy przekazywał ich historie. Widać na nich zniszczone budynki, zmęczonych ludzi. Ale prawie nigdy nie zrezygnowanych. Rozżalonych, zmartwionych - tak. Jednak przepełnionych wolą przetrwania najtrudniejszego i walki o lepsze jutro.