poniedziałek, 30 maja 2011

soutache

Co ta orientalnie brzmiąca nazwa oznacza dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Próby zagłębienia się w historię powstania tej techniki spełzły na niczym, więc poszukałam informacji drogą bezpośrednią - zapisałam się na warsztaty do Lasu Rąk.

Soutache = sutasz. To bardzo piękna i pracochłonna technika haftu biżuteryjnego. Sama nazwa pochodzi od specjalnych sznurków, które są nieodzownym elementem tej techniki. Wywodzi się ze starożytnych Chin a potem na długo została zapomniana. Zaczęła ją stosować i popularyzować izraelska artystka Dori Csengeri

Kiedy zachwycałam się pracami znalezionymi w internecie, nie wierzyłam, że sama mogłabym, coś takiego stworzyć. Ale udało się! 4h mozolnego dłubania w towarzystwie innych równie zdeterminowanych babeczek i powstało moje pierwsze dzieło soutache:

fot. Tomasz Dziewicki




niedziela, 10 kwietnia 2011

'Sen Antoniny

Ostatnimi czasy coraz częściej udaje mi się wprowadzić moje projekty w życie. I jestem z tego powodu nieprzyzwoicie dumna

Najnowsze pomysły zrodziły się przez świeżą koncepcję imprezy 18-tkowej. Na razie jej nie zdradzę, ale będzie kolorowo. Projekt ewoluował w mojej głowie przez kilka dni aż w końcu, w przypływie natchnienia - narysowałam ją. Pogodziłam się w końcu z pastelami, którymi, jak twierdziłam, nie umiałam stworzyć nic ładnego. Ale to tylko kwestia pomysłu i stylu. 
Tylko albo aż :>

Druga sukienka wyszła spod ołówka rzutem na taśmę. Kontrastowe kolory, dopasowana, z awangardowym elementem na plecach. Ten dodatek ma podkreślać indywidualność projektu o dość prostym kroju. W celu znalezienia odpowiedniego motywu przeglądałam wielki album "1000 ARCYDZIEŁ" Siostry Wendy, który dostałam niedawno od mojego (dawno niewidzianego) ojca chrzestnego. "Sen" Picassa idealnie wkomponował się w mój zamysł. Przedstawia śpiącą Marie-Térèse - jedyną osobę, którą Picasso niezmiennie malował z czułością. Na obrazie widzimy ją w dwóch ujęciach - zielony profil i różowo-zielona twarz ukazana en face.


Wybrałam do mojej naszywki popiersie Marie-Térèse. Najpiękniejszy i najbardziej zmysłowy fragment. Najpierw naszkicowałam je w miniaturze. Potem, gdy już kupiłam karty filcowe do jej stworzenia i realizacja była w zasięgu ręki - powstała wersja 1:1 pastelami olejnymi. Wycięłam odpowiednie fragmenty z filcu i pozostało jedynie je zszyć. Postanowiłam zrobić odbicie lustrzane oryginału.



Na moje szczęście pan H. wygadał się, że jego mama skończyła szkołę krawiecką i może mi pomóc. Dogadałyśmy się i wczoraj w końcu udało się spędzić wieczór omawiając projekty i tworząc moją pierwszą pracę na maszynie. Z czasem jak moje maleństwo powstawało, coraz bardziej mi się to podobało i uwierzyłam, że uda mi się zrealizować moje, bądź co bądź ambitne plany. Oto efekt wczorajszej nauki:



czwartek, 31 marca 2011

S&M

Jedząc sobie beztrosko moją ulubioną zupę krewetkową u chińczyka, zostałam zmuszona do oglądania MTV, co zaowocowało trwałym śladem w mojej psychice. Degradacja muzyki popowej postępuje w tak szybkim tempie, że jeszcze nie przyszło kolejne pokolenie, a już mogę gadać jak stara babcia "Co to się porobiło... Za moich czasów nie było takiej obsceniczności, phi" 

Ta potrawka z pop-gwiazdek jest bardzo pikantna. Tak, tak. 
Oraz niestrawna

Weźmy na widelec Rihannekolor pomidorowy, smak słodko-ostry, zapach seksu. Przed wyświetleniem na YouTube ostrzega nas znak, że zawartość przeznaczona jest dla osób dorosłych. Widzowie się nie zawiodą, bo czerwonowłosa panienka wije się rozkosznie w cukierkowym stroju spętana różową liną tudzież spaceruje z uzwierzęconym mężczyzną na smyczy. Przy okazji zdaje się kpić z dręczących ją dziennikarzy potakujących jak pieski, nie mających własnego zdania. Robi z nich swoich niewolników i biczuje ubrana w lateks. Na imprezce, gdzie też można dostrzec, już zdemoralizowanych, pracowników prasy, z omdlewającym spojrzeniem spogląda w kamerę liżąc loda lub powoli wsuwając banana do ust. Przy okazji śpiewa uwodzicielskim głosem: Sticks and stones may break my bones but chains and whips excite me. 

'Feels so good being bad (...)

It's exactly what I've been yearning for, give it to me strong

And meet me in my boudoir, make my body say ah ah ah
I like it-like it '

Nie ma to jak samouprzedmiotowienie, czyż  nie?
Zastanawiam się, czy takie zachowania byłyby naturalne dla osób lubiących zabawę 'na Rihanne', gdyby ich partnerami byli ludzie, których na prawdę dobrze znają i łączy ich jakaś więź emocjonalna. Śmiem wątpić. A więc w prostej linii prowadzi to do wniosku, że propagowany jest seks przypadkowy, z nieznajomymi, dla dobrej zabawy. Szczególnie jeśli ktoś lubi czuć się jak dziwka.


Tak sobie myślę.. Skoro teraz już są AVN Awards, czyli tzw porno-Oskary, może niedługo po prostu nie trzeba będzie rozróżniać kategorii między najlepszymi gwiazdami Pop i Porno. Kategoria PoPo. Brzmi całkiem zgrabnie. 

Kolejny kęs - Doda. Kolor cykorii, smak świeżego mięsa, zapach seksu. 
Muszę przyznać, że byłam nieco zaskoczona jej 'zzachodnieniem'. Pod względem technicznym teledysk wyróżnia się wśród innych rodzimych produkcji. Widać, że ma duży budżet. Szkoda tylko, że nie został przeznaczony na coś sensownego. "Bad girls" powzięło za główny motyw drapieżne fanki nekrofilii. Zainspirowana widocznie swoją koleżanką z US, Doda nie omieszkała umieścić aluzji sado-maso

'Twe miejsce jest u moich stóp

Ja pani twa i twój bóg
Bierz w zęby smycz i przynoś mi bat
Się śliń i giń, u stóp moich siad
Bierz w zęby smycz i kładź się na wznak'

Z kolei wracając do motywów romantycznych, "królowa popu" wznosi siebie na piedestale ogłaszając rewolucją i nową konstytucją ('Ja jestem rewolucja, ja nowa konstytucja'). 


Jak dobrze, że zawsze istnieje jakaś alternatywa. Szkoda tylko, że te, zaprogramowane przez manipulatorów społeczeństwa, cholerstwa siedzą potem w głowie. 

wtorek, 29 marca 2011

Chodź do teatru!


iiiiiiiiiii .... AKCJA! Akcja - improwizacja. Dzisiejszy dzień poświęciłam dla teatru. Dzień niepowtarzalny, bo skumulowały się wszystkie najciekawsze wydarzenia zorganizowane z okazji 50. Międzynarodowego Dnia Teatru. Niestety tyle tego było, że jak to w życiu bywa, trzeba było z czegoś zrezygnować. Mój skrzętnie opracowany pod każdym względem plan zawierał:

1) 10:00 - Krakowskie Przedmieście - na dobry początek dnia oglądanie wystawy DSH na świeżym powietrzu o historii kolarstwa w RP oraz śmianie się z bicykli oraz szorcików panów kolarzy.
- Sklep z kanapkami - na drugie śniadanie tarta z kurczakiem z curry na ciepło 
    
2) 11:30 - Powiśle - Teatr Ateneum - Teatr z taśmy - projekcja spektaklu Król Edyp Sofoklesa w reż. Gustawa Holoubka, na który to cudem zdobyłam wejściówki mimo, że w informacji ciągle powtarzali, że nie ma miejsc. Po małym wprowadzeniu pani Anety Kielak i rozdaniu prezentów dla widzów w postaci albumów dotyczących spektaklu, który był wystawiany w 2004 r. po czym sfilmowany rok później. Znany mi już z Lawy głos Holoubka pobrzmiewał pomiędzy epejzodionami, wciągając jeszcze głębiej w ten antyczny kryminał, w którym każdy nieustannie powołuje się na swą śmierć tudzież komuś śmiercią grozi. Niesamowite operowanie światłem. Śmiem wnioskować, że Holoubek się w tej formie ekspresji lubował. Światłocień jako forma kontrastująca dobro i zło. Mrok ukrywający straszne sekrety i odważne światło wydobywające je na wierzch. Noc jako smutek i poniżenie, dzień jako chwała i szczęście (rozmowa z Tyrezjaszem). Mimo przeniesienia na ekran, cała koncepcja teatralna została niezmieniona. Aktorzy mieli do dyspozycji jedynie własne ciała, głosy, światło, interakcję. Nic poza tym. A jednak w umysłach widzów akcja toczyła się wartko, wyobraźnia dorabiała resztę - pomieszczenia, krajobrazy. Magia teatru.

W roli głównej Piotr Fronczewski. Początkowo rozczarowała mnie jego mimika. Choć idealnie modulował głosem, jego oczy były martwe. W ogóle całą postać wykreował na bardzo ..kamienną. Słabość ujawnia jedynie w objęciach Jokasty - wtedy możemy dostrzec jak przez zasłonę, nie tyle znaczenie jego rozpaczliwych słów, ale żywe emocje. Pytanie tylko, czy tulił się do niej jak do żony, czy jak do matki? (<--haczyk) A może to nie ma znaczenia, każdy potrzebuje czułości. 

3) 13:00 - Teatr Ateneum - Oszustwa teatralne - pokazo-wykład ze scenografem Marcinem Stajewskim, który wprowadzał widownię (ku mojej rozpaczy - zachowującej się jak gimnazjaliści, w złym tego słowa znaczeniu, ze swoimi idiotycznymi komentarzami właśnie wtedy gdy chłonęłam cudowność chwili) w niektóre tajniki 'efektów specjalnych'. W demonstracjach pomagali wolontariusze. Choć, jak sam podkreślił prowadzący, nie jest to najnowsza technologia, i tak robiła bardzo pozytywne wrażenie. Szczerze mówiąc niewiele razy było mi dane zobaczyć tak efektowne wykorzystanie wiatru, świateł i mgły podczas spektakli, więc był to kolejny atut. 

Po wszystkich oficjalnych zajęciach przyszła pora na tzw. atrakcje dodatkowe, czyli można było wysłać pocztówki z kadrami z przedstawień na koszt teatru oraz zrobić sobie zdjęcie z elementem teatralnej garderoby, czego też nie omieszkałam uczynić :)

4) Pędem do centrum podzielić się wrażeniami z panem J. przy kubeczku gorącej kawy.

5) 15:30 - Powiśle - Teatr Polski - festiwal taneczny SPONTAN, gdzie występowała moja dobra koleżanka Lena wywijając zgrabnie w białym kostiumiku. Niezmiernie żałowałam, że nie mogłam zostać do końca, a jedynie na kilka występów. Choreografia dziewczyn-samurajek zrobiła na mnie powalające wrażenie (ależ ja bym tak chciała!).

6) 16:00 - Centrum - Teatr Dramatyczny - Niecodziennik - warsztat inspirowany spektaklem Córeczki - prowadzony przez dwie bardzo otwarte, żwawe i pomysłowe kobitki - Olę i Gochę. Skutecznie rozruszały cale towarzystwo serią zadań, nie zawsze łatwych. Nie na co dzień patrzy się nieznajomemu tyle czasu prosto w oczy. Kumulująca się energia jest niesamowita! Po małej integracji przeszliśmy do rzeczy. Tyle się działo! Jednak nie sposób tak do końca to opisać, bo wiele działo się niewerbalnie. Bawiliśmy się ruchem, przestrzenią, czasem, wzrokiem, intuicją. 

Nasze pierwsze zadanie wyglądało tak:
Chodziliśmy wzdłuż sali energicznym krokiem, imitując uliczny ruch. Na znak 'tu i teraz' zatrzymywaliśmy się i odgrywaliśmy improwizowaną sytuacje z najbliższą osobą. 
~ Pierwsza scenka to spotkanie dawno niewidzianego znajomego. Trafiłam na Gochę, która zdawała się tak niewymownie cieszyć ze spotkania mnie, że nie miałam najmniejszych problemów z wczuciem się w tę, skądinąd dziwaczną i aż nazbyt ekspresyjną, rozmowę.
~ Druga scenka to kłótnia. Większości osób sprawiła najmniej problemów. Choć nigdy tak na nikogo nie wrzeszczę, idea zagrania tego niebywale mi się podobała, choć pod koniec naszej małej historyjki ledwo powstrzymywałam się od śmiechu. Jako że było nas nieparzyście, trafiłam do kłótni w trójkąciku, co wyszło jeszcze dynamiczniej - a temat zawiązał się sam. 

zaczynam wrzeszczeć na faceta
- Jak mogłeś mi to zrobić! A ja ci zaufałam! Zdajesz sobie sprawę, co narobiłeś?! Nigdy ci tego nie wybaczę!!!!
- To nie moja wina! To nie było tak, o co ci chodzi, kobieto!?
dochodzi druga dziewczyna
- Kim ona jest, co?! Widziałam jak trzymaliście się za ręce! Co to ma znaczyć?!!!! 10 lat! 10 lat, a tu cooooo?!!!! Widzisz to lafiryndo?! (tu pokazuje wyimaginowany pierścionek) Kim ty w ogóle jesteś?!
- Kim ja jestem?! (tu do chłopaka) Wyjaśnisz mi, co tutaj się dzieje? Nie posądzałam cię, że spotykasz się z kimś innym. To zmienia postać rzeczy!!
- (chłopiec ucieka do grania idioty odkąd druga dziewczyna pojawiła się na horyzoncie - mówi do tej dziewczyny) Ale ja nie znam tej kobiety, kochanie!
- (ja) Jak to nie znasz?!! Teraz jeszcze się wypierasz?! Ty bezczelny! Kim jest ta dziewczyna, odpowiadaj! (...)

Tak to kłócąc się rozkosznie doszliśmy do nadal improwizowanego happy endu, iż rzeczony chłopak ma brata bliźniaka i nastąpiła niefortunna pomyłka.


Okazało się także, że te warsztaty to nie tylko jednodniowe wydarzenie, ale mały projekt prowadzący nas ...prosto na scenę! Tak więc zapewne będzie można zobaczyć nasze na wpół improwizowane efekty. Bardzo mnie to cieszy także dlatego, że w  grupie, która się na zajęcia dostała jest mnóstwo ciekawych osób, które chętnie poznałabym lepiej. A wspólna praca, do tego tak angażująca emocje, pozwala na nieskończoną ilość interakcji!

niedziela, 27 marca 2011

'Córeczki'

W Cafe Kulturalna pokazano coś, co nas obnażyło. Nas - kobiety. Na szczęście lub nieszczęście, duża część młodej męskiej publiczności nie zdołała uchwycić głębokiego sensu kobiecych głosów. A bywały głośne. I szeptem mówione. I chórem. Zabawne i ironiczne, drugi raz zrozpaczone, złe, sfrustrowane. Bo "Córeczki" to sztuka o kobiecym dorastaniu - swoistej metamorfozie z dziewczynki w kobietę. Istoty świadomej tego jaka jest, kim jest i czego pragnie. Zdobycie takiej wiedzy wcale nie jest łatwe. To walka z samą sobą. O ideały, które burzy rzeczywistość, o możliwość kształtowania siebie, o niezależność, o swoją prywatną erotykę, o miłość. 

Scenariusz został stworzony przez Małgorzatę Głuchowską i Justynę Lipko-Konieczną na podstawie I tomu pamiętników Zofii Nałkowskiej oraz fragmentów innych tekstów. Przewodniczkami po tym świecie przełomu XIX i XX wieku oraz uniwersalnym świecie kobiecych odczuć, prowadzą widzów cztery dziewczyny. I każda z nich jest... Zofią Nałkowską: Agnieszka Hajkiewicz, Lan Pham, Kasia Wąsikowska, Kasia Zimowska. Reprezentują myśli, z którymi tak wiele dziewczyn mogłoby się identyfikować. Do tego nie są ani profesjonalnymi aktorkami ani przypadkowymi osobami. Każda z nich coś tworzy. Czy to wiersze, czy opowiadania, czy bloga. Przelewają na papier (także elektroniczny) siebie i nie ważne w jakiej formie - liczy się samo tworzenie. Dzięki temu ich postacie są jeszcze bardziej realne i autentyczne. Są pomostem między dawnymi czasami a teraźniejszością. I dowodem na to, że w kwestii dojrzewania, nadal nic się nie zmieniło.

Sam spektakl był niesamowity i nieprzewidywalny. To właśnie lubię w teatrze - jego nieprzewidywalność. I ulotność. Świadomość namacalności i uchwycenia chwili nadaje oglądaniu przedstawień odmiennej, wyższej rangi. Każda próba nawet, jest nieco inna, nigdy się tak samo nie powtórzy. Jak w życiu.

"Córeczki" to idealny wprost materiał do analizy i interpretacji! Uczą nas tego uparcie na lekcjach języka polskiego, tymczasem przydałoby się to w naszym życiu kulturowym. Zrobić burzę mózgów, wymienić wrażenia. Bo tutaj właściwie nic nie jest powiedziane bezpośrednio. Nawet słowa, które mają oczywisty sens, zostały powiedziane nie bez przyczyny. Są częścią budowania atmosfery, zapasem przestrzeni do mówienia między wersami. Trudno w ogóle opisać fabułę. Było wiele scen niejasnych, jak choćby mówiąca w niezrozumiałym języku (skandynawskim?) piękność w sukience ze skóry. Karola stwierdziła, że to musi być jedna z kobiecych ról - postrzegana jako zwierz łowna. I to było bardzo trafne spostrzeżenie! Szczególnie zważając na zachowanie 'studencików' i ich pokazowy taniec siły.. Także monolog kobiety, która bardzo realistycznie wyrywała sobie zęby na scenie. Od tego charakterystycznego chrupnięcia przechodziły mnie dreszcze. Jak rozumieć opowieść, wywijającej w czarnym body kobiety z dwiema parami oczu, o młodej dziewczynie i straszliwym smoku, który nad ranem (w łóżku) okazywał się być księciem? Albo dziwaczny taniec kobiety-żyda? 

Jeśli oglądaliście spektakl, podzielcie się własnymi interpretacjami - zróbmy burzę mózgów!


środa, 16 marca 2011

Chazme718 / SEPE / Bezt

Udałam się ostatnio z moimi TowarzySzami na wystawę przedaukcyjną do Galerii Senatorska. To pierwsza w Polsce aukcja Street Artu. Niektóre prace mnie zachwyciły - swoją barwnością, nietuzinkową formą, absurdem przywodzącym nieraz na myśl twórczość Salvadora Dali (szczególnie prace SEPE). Zastanawiałam się jednak, czy sprzedawanie Street Artu nie jest zaprzeczeniem jego idei? To sztuka dla sztuki, młodzieńczy bunt, twórcy, których kupić nie można, bo działają nielegalnie a ich prace są krzykiem lub szeptem szarego człowieka pokazującego pazurki w tej miejskiej dżungli. Że każdy kto czuje w sobie potrzebę wyrazu i umie go wylać, nie musi zwać się 'prawdziwym' artystą by powiedzieć coś ważnego. W chwili gdy Street Art przeniesiemy z ulicy na  ściany galerii, przestaje być Street Artem. Nie twierdzę, że przestaje ciekawić, intrygować. Ale staje się zwyczajnie nowym nurtem w malarstwie. 

Chazme718 - Jazz w wolnych chwilach
Chazme718 - spacer
Zaciekawionym polecam do przejrzenia strony głównych autorów z wystawy:

poniedziałek, 28 lutego 2011

hand-made

Zawsze lubiłam sztukę. Tę sztukę dla sztuki i tę użytkową. Właściwie wszystko, co robimy samodzielnie i wkładamy w to serce staje się w pewnym sensie sztuką. Czasem aż trudno uwierzyć jak piękne i niezwykłe rzeczy ludzie robią ręcznie! Wystarczy zerknąć na Pakamerę, czy Wylęgarnię.

Ostatnio zostałam zarażona przez Madleine uroczą biżuterią pewnej Tynki. Takie rzeczy są fantastyczne także ze względu na swoją unikatowość. To nie (często kiczowa) masowa produkcja rodem z H&M. Dlatego też ciężej znaleźć coś takiego, tworzonego bez większego rozgłosu, zyskujące jednak z czasem grono wielbicieli.



















poniedziałek, 7 lutego 2011

ZAŚWIATY, czyli czy pies ma duszę?

Ciemno. Miasto nocą. Panienka w kowbojskim kapeluszu i Panienka w kowbojskich butach zmierzają do OCH-teatru by się pośmiać. 


Debiut reżyserski Marii Seweryn wzbudza bardzo duże zainteresowanie, mimo że premiera odbyła się w 2009 roku. I nie mam wątpliwości dlaczego. Sztuka jest bezlitośnie śmieszna. Jednak to czarna komedia. Połączenie nieraz trudnych tematów z komizmem postaci (wystarczy spojrzeć na bohaterki - trzy striptizerki ginące w wypadku samochodowym i trafiające do zaświatów w "służbowych" ciuchach ociekających trochę seksem, trochę kiczem), komizmem sytuacyjnym (właściwie cały spektakl to jeden wielki sytuacyjny, mocno sarkastyczny żart) i komizmem słownym (niezliczone ilości tekścików dotyczących śmierci, bo przecież "na raka już nie umrzemy, nie?", albo - "po moim trupie" --> jako że są martwe, takie nieświadome żarciki bawią nie tylko publiczność, ale i same bohaterki, gdy uświadamiają sobie głupotę własnej wypowiedzi). 

W powietrzu aż czuć było niezwykłą atmosferę ... zaświatów. Dosłownie "czuć", bo z panienką w kowbojskim kapeluszu siedziałyśmy w pierwszym rzędzie wdychając dym 'z zaświatów'. Na szczęście nikomu nic się nie stało, nikt się nie dusił (chyba że ze śmiechu), a żaden pies nie ucierpiał. Choć jeden brał udział w przedstawieniu,  miewał się niezwykle dobrze łasząc się do publiki po triumfalnym zejściu ze sceny.

Po spektaklu rozgorzała dyskusja. Bo choć niemal płakałyśmy ze śmiechu, kilka razy zabawne sytuacje zakrawały o tematy, z których normalnie, zdawałoby się, śmiać się nie wypada. Troszkę obrazy katolików, troszkę anegdotek o tatusiach-zboczeńcach, wątek zakochanego księdza, kpina ze śmierci. Z czegóż tu się śmiać, zapytacie? Ano niektórzy (jak Jerzy Masłowski - autor scenariusza) potrafią wszystko ubrać w śmieszne łaszki i patrzeć na to wszystko z dystansu. Czy można się śmiać ze wszystkiego? Choć te żarty bywają w pewnym sensie okrutne, dlaczego nie? W końcu to wszystko, co dzieje się tu, na Ziemi to jakiś (być może przypadkowy) splot wydarzeń i osób. Krótkotrwała forma. Dobro i zło, piękno i brzydota. Jak zakłada manicheizm, te wszystkie przeciwieństwa nie mogą bez siebie istnieć, wynikają z siebie. Zastanawiałam się kiedyś dlaczego tak jest, że natura dąży do przeciętności w kwestii wyglądu (zostało to udowodnione)? Przecież gdyby wszyscy byli piękni, nie mielibyśmy dylematów, liczyłby się tylko charakter. Ale zapewne wtedy do pewnego stopnia zanikłoby pojęcie piękna. Wszystko, co piękne stałoby się po prostu ... normalne. A to znów zmienia się w przeciętność. Koło się zamyka.

A wiara? Sztuka "ZAŚWIATY..." pokazuje alternatywną wizję drogi do nieba. Taką współczesną, taką namacalną i w tej sytuacji jakby - oczywistą. Tzw. "głęboko wierzący" (rozumiem przez to ślepo dążących za dogmatami, zamkniętych w zasadach i zastałych w poglądach ludzi ---> tak się popularnie rozumie to wyrażenie, choć tak być nie powinno - 'głęboko wierzący' to człowiek, który czuje wiarę głęboko w sercu, kieruje się sumieniem, chce być dobrym człowiekiem, kochać ludzi i poszerzać horyzonty, takie jest moje zdanie) mogliby się oburzyć. Ale przecież wiara to ważny aspekt życia na Ziemi. No właśnie - Ż Y C I A.  Które samo w sobie jest pełne wątpliwości, sprzeczności, swoich śmieszności. Podchodzenie to tego z dystansem i uśmiechem na twarzy nie musi oznaczać lekceważenia. Jedynie świadomość naszej ulotności i małostkowości. Podchodzenie do wszystkiego z postawą śmiertelnie poważną (nie wykluczam jej przydatności w niektórych sytuacjach) zdejmuje nam ten uśmiech z twarzy. A według mnie, nie warto go tracić.


strona spektaklu

wtorek, 1 lutego 2011

Pamiętniki Mirona w Kamienicy

Niesamowita muzyka. Współczesne brzmienie dźwięków - namacalne pobrzmiewanie historii. Akcja na wpół na scenie, na wpół przeniesiona na deski wyobraźni. Gdy rozlegają się silne dźwięki, pełne emocji głosy ludzi ukrytych w półcieniu, poruszających się jakby w zwolnionym tempie, i czas zwalnia. A ja mam dreszcze. Autentycznie. 

Przeplatanie akcji z naładowanymi energią piosenkami, grą światła, niemal żywą scenografią, dało niesamowity efekt. 
"To lubię - rzekłem - to lubię!"

Teatr Kamienica zaprasza nas na kawałek przeszłości ujętej w nowoczesnej formie (choreografem był Maciej "Gleba" Florek). Spektakl na podstawie wspomnień Mirona Białoszewskiego - "Pamiętniki z powstania warszawskiego" w reżyserii Jerzego Bielunasa oczarowuje. A może raczej ... każe siedzieć z otwartą buzią. Ja się przynajmniej na tym przyłapałam. Jednym słowem - wywarł na mnie duże, bardzo pozytywne wrażenie. Zawsze byłam zdania, że historię najlepiej poznawać poprzez źródła, które pokażą nam jak to było na prawdę. Daty, suche fakty. To jedno. Ale uczucia, autentyczne realia, bez koloryzowania, bez propagandy, to drugie. To są prawdziwe puzzle historii, zamknięte jednak w spreparowanym zwykle opakowaniu. Na szczęście niektórym chce się te puzzle poukładać. Wtedy inni mogą zobaczyć obrazek. I wyciągać wnioski. Odczuwać. Pamiętać.

Ludzie mają taką przerażającą zdolność przywykania nawet do tragicznej codzienności. Czy to w obozie koncentracyjnym, czy na wojnie, czy żyjąc trzy miesiące w piwnicach podczas bombardowań. Myślą i mówią o drobnostkach. Bo nie ma się gdzie umyć, bo nie ma drzwi do wychodka, bo Ixińska znowu mi podkradła kawałek sera. Tak to już jest. Bo co by się nie działo, trzeba przetrwać. A my, żyjąc w pokojowych czasach (względnie), możemy oglądać skrawki tej, niewyobrażalnej dla nas, rzeczywistości.

Po południu, odwiedziłam z Madeleine Dom Spotkań z Historią, aby obejrzeć wystawę "AMERYKANIN W WARSZAWIE - Stolica w obiektywie Juliena Bryana 1936-1974". Tematycznie i klimatycznie, potraktowałyśmy tę wystawę jako pewne ciekawe wprowadzenie do wieczornego spektaklu. Ten amerykański fotograf i filmowiec wytrwale dokumentował wydarzenia w Polsce. Dzięki niemu świat usłyszał jak na prawdę wygląda ta wojna. Jego zdjęć nie charakteryzuje wybitny warsztat, ale autentyczność i więź, jaką nawiązywał z ludźmi, gdy przekazywał ich historie. Widać na nich zniszczone budynki, zmęczonych ludzi. Ale prawie nigdy nie zrezygnowanych. Rozżalonych, zmartwionych - tak. Jednak przepełnionych wolą przetrwania najtrudniejszego i walki o lepsze jutro.

piątek, 28 stycznia 2011

66

Z powodu mojej małej rekonwalescencji zostałam w domu. W końcu miałam chwilę by popatrzeć co się dzieje na świecie. Na TVN24 jak zwykle rozdmuchiwanie politycznych afer, jak to dwaj panowie rozbili wózki golfowe na Cyprze, wywiady z parlamentarzystami PO i PiS oskarżającymi się wzajemnie o zajmowanie się listami wyborczymi zamiast sprawą emerytur, order dla strażaków ratujących sarenki i w końcu transmisja z Auschwitz II. To mnie zainteresowało. Wczoraj była 66. rocznica wyzwolenia obozu KL Auschwitz II - Birkenau. Po składaniu w milczącym hołdzie kwiatów pod ścianą śmierci wygłaszane były przemówienia. Słowa bolesne, ale niezmiernie ważne. Pouczające, przypominające aż w końcu pełne nadziei, że świat zmierza ku dobru. Na uroczystości spotkali się m.in. prezydenci Polski i Niemiec a także ok. 80 byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Słuchałam przemówień ze skupieniem. Bo oprócz wielkich słów o przyjaźni między narodami, o dążeniu do tolerancji, świadectwa prawdzie i pamięci, które mimo, że tak piękne są jednak tylko słowami, były także opowieści tych, którzy przeżyli. Autentyczne, szczere. Jakby zgrabnie wizualizowali swoje wspomnienia w umysłach słuchaczy. Mówili o drobnostkach, szczegółach. O skórzanych butach z cholewami, podarowanymi przez nieznajomego, o szuraniu drewnianych obozowych butów, o kostce cukru. Ale właśnie z takich małych rzeczy składa się nasze życie, nasza osobowość, autentyczność, a czasem właśnie nasze cierpienie.

"Tu w Auschwitz jak w soczewce skupia się i wiedza i pamięć o wszystkich straszliwych zbrodniach" - powiedział prezydent.

Numerki nie robią na ludziach wrażenia. Tak po prawdzie, co za różnica między 10 000 a 100 000. Tylko jedno zero. Różnicę czujemy dopiero gdy jest namacalna. Gdy widzimy te baraki, sterty szczoteczek do zębów, walizek, ściętych warkoczy. Ja widziałam.

Tadeusz Różewicz
"Warkoczyk"

Kiedy już wszystkie kobiety
z transportu ogolono
czterech robotników miotłami

zrobionymi z lipy zamiatało
i gromadziło włosy

Pod czystymi szybami
leżą sztywne włosy uduszonych
w komorach gazowych
w tych włosach są szpilki
i kościane grzebienie

Nie prześwietla ich światło
nie rozdziela wiatr
nie dotyka ich dłoń
ani deszcz ani usta

W wielkich skrzyniach
kłębią się suche włosy
uduszonych
i szary warkoczyk
mysi ogonek ze wstążeczką
za który pociągają w szkole
niegrzeczni chłopcy.


Tak jak oni mam nadzieję. Mam nadzieję, że świat będzie uczył się na błędach i robił wszystko by utrzymać pokój, ciepłe stosunki i pamięć. Ale nie tylko w wielkich czynach. Bo nasze życie składa się z takich małych rzeczy, drobnych gestów, słów.

Jednym z gości była Zofia Posmysz, polska pisarka i scenarzystka. Choć działała w drugiej połowie XX wieku, po wyjściu z obozu w Auschwitz, ostatnio znów było o niej głośno. A to z uwagi na operę w reżyserii Davida Pountneya, z Eleną Kelessidi w roli Marty i Agnieszką Rehlis wcielającą się w panią SS, której postać nie jest wcale jednoznaczna. Libretto napisano na podstawie jej książki "Pasażerka" wydanej w '62 roku. Widziałam tę sztukę. A raczej - czułam. 


Opera wielojęzyczna, co sprawiało, że stawała się jeszcze bardziej realna. Niezwykła scenografia i muzyka. Całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Słyszałam opinie, że to znów ten sam temat, Auschwitz, ludobójstwo, bla bla, odgrzewane kotlety. A ile powstało już utworów o miłości? śmierci? cierpieniu? tęsknocie? Dopóki jakiś temat człowieka pali, a powstaje z tego coś nowego i ciekawego, dopóty warto to wyrażać i dzielić się tym z innymi.

nowe prawo

Ale tu śmierdzi fajkami...
dym się kotłuje w płucach
wpycha w każdą szczelinę!

BEZCZELNY

Tak to jest być palaczem biernym.
Nikt się z naszym zdaniem nie liczy.
Ale odzew wymyśliła sama natura

Z naszych kochanych palaczy
zostanie tylko dymu chmura

i zgnieciony pet 
w popielniczce

                                             Antonina Zuzanna

Czy nowe prawo zabraniające palenia w miejscach publicznych jest dobre, czy złe? Jak dla mnie są same korzyści. Ale to mój niepalący punkt widzenia. W końcu używkowicze narzekają na ograniczanie ich swobód obywatelskich. Ale czy przypadkiem wolność nie kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka? Gdyby palenie bierne nie wywoływało żadnych skutków ubocznych - proszę bardzo. Ale niezwykle egoistyczne jest myślenie, że wyziewanie takich ilości śmierdzących oparów jest sprawą wyłącznie indywidualną. W klubach i kawiarniach powietrze jakby bardziej przejrzyste. Ale kilka kroków od przystanku autobusowego i tak zbiera się grupka amatorów.

Clee & Gulang Island


Dostałam ostatnio propozycję prywatnej wymiany pocztówkowej (czyli tzw swap) od chińskiego nastolatka napalonego na panoramy miast. Obiecałam mu znaleźć takie cudeńko, a tymczasem dziś dostałam od niego kartkę z widokiem budynku, który co prawda wygląda mało chińsko, ale jak się okazało nie bez przyczyny.




Rycina budynku pochodzi z wysepki Gulang w prowinji Xiamen, regionie Fujian. Leży na południowo-wschodnim wybrzeżu Chin, praktycznie na przeciwko Tajwanu. Jej nazwa oznacza "dudniące fale" i wzięła się od charakterystycznego dźwięku obecnego dzięki licznym skalnym wybrzeżom.To jedna z perełek chińskiej turystyki, gdyż na niewielkiej powierzchni 1.09 km2 znajdują się pasma wzgórz, liczne olbrzymie kamulce o dziwacznych kształtach i ok. 5 plaż. Zwana jest także "Wyspą pianin" lub "Kolebką muzyków", jako że na 6000 rodzin (wszystkich mieszkańców jest zaledwie 20 tys.) przypada aż 500 fortepianów, czego rezultatem jest wyhodowanie takich artystów światowej sławy jak zarządca chińskiej orkiestry symfonicznej - Chen Zuohuang, czy sławny pianista Yin Chengzong. (koncert pianistyczny "Yellow River" w jego wykonaniu i akompaniamencie orkiestry możecie zobaczyć tutaj) Znajduje się tam nawet specjalne muzeum pianin. 


Wysepka posiada aż 13 ambasad, które przywiozły ze sobą zachodni styl architektury, który z czasem zmieszał się z lokalnym. Zjeżdżający się tam najbogatsi chińscy i zachodni bisnesmeni w niedługim czasie wybudowali ogromną liczbę luksusowych willi (jedna z nich widnieje na pocztówce), które także stały się symbolem tej okolicy, upiększając jedynie widoki.






<-- Region FUJIAN
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej - odsyłam na tę stronę.


Na pocztówce były przepiękne znaczki - nie jestem filatelistką, ale za to *pulchramatką, więc uwielbiam takie detale. Pierwszy z nich przedstawia scenę z klasycznej powieści "水浒传" opowiadająca historię 108 herosów z dynastii Song, ok 1000 lat temu.


* PULCHRAMATA - mój własny neologizm oznaczający wielbiciela piękna. Skoro byli miłośnicy nauki i cnoty, to i taki termin powinien powstać.

środa, 26 stycznia 2011

Przebłysk geniuszu

Są takie filmy, które wprawiają w dobry nastrój. Są takie, które chcą nam zrobić papkę z mózgu wkręcając w psychodeliczny świat. Są i takie, które każą się zastanowić. Oczywiście nie dla wszystkich są powodem rozmyśleń, bo wymaga to pewnej zdolności czytania między wierszami. Spojrzenia ponad fabułą i dostrzeżenia jakiejś myśli przewodniej. W szkole, wbrew wrażeniu, które czasem i mnie nawiedza, uczą nas przydatnych rzeczy. Zapominają tylko wspomnieć by umieć wykorzystać nową wiedzę i umiejętności na innym poziomie. Wyższym, wyciągającym wnioski z dystansu. Przykład? Na lekcjach polskiego analizujemy niezliczone ilości tekstów, które większości wydają się nudne, nieaktualne i ciężkie do zrozumienia. Nie chodzi teraz nawet o udowadnianie, że jest inaczej. Chodzi o tę umiejętność. Czytanie między wierszami, dociekanie, wyciskanie drugiego, czwartego dna, a nawet intencji, czyli 'co autor miał na myśli'. To jedna z najważniejszych umiejętności w naszym życiu, która pozwala przesiewać propagandę, manipulację, którymi jesteśmy nieustannie karmieni. Wyrobienie sobie własnego zdania wcale nie jest takie proste. Jak je tworzymy? Przede wszystkim zbierając informacje. Jeśli nie będziemy umieli ich selekcjonować i wnioskować, nigdy nie staniemy się świadomymi i rozsądnymi obywatelami. Czasem odnoszę wrażenie, że takich jest na prawdę niewielu. 

Przez zmianę perspektywy stajemy się w jakiś sposób mądrzejsi, możemy ugryźć tego pączka z innej strony. A kto wie, może właśnie tam, ukryła się marmolada? Wyobrażam sobie czasem, że nagle mam sobie radzić  sama. Tak ZUPEŁNIE SAMA w tym świecie na wyścigi. I zauważam, że tak właściwie, niewiele wiem. Może zaczyna to podchodzić pod filozoficzne "wiem, że nic nie wiem", ale ostatecznie i tak każdy musi dojść do tego sam. Taki jest problem ludzi. Uczą się na własnych błędach. Cenną rzeczą jest obserwowanie innych, ale to nie to samo. Jak się nie poparzysz, nie zapamiętasz, że ogień pali, jak się nie zawiedziesz, nie wiesz jak to jest czuć się opuszczonym, jak się nie zakochasz, nie wiesz jak to jest nie móc przestać o kimś myśleć. Umieramy z tą wiedzą sfrustrowani, nie mogąc przekazać wszystkiego innym, by się nie potykali. Każdy musi dojść do tego sam. Wybitnie wkurzające, prawda?


Obejrzałam przed chwilą film opowiadający historię Roberta Kearns'a - "Przebłysk geniuszu" ("Flash of Genius") z Gregiem Kinearem w roli głównej. Bohater opowieści, a zarazem postać autentyczna był amerykańskim wynalazcą i wykładowcą na uniwersytecie. Opatentował system Wycieraczek Czasowych wzorowany na mruganiu ludzkiego oka, które teraz wydają nam się tak oczywiste. Zaczął współpracę z koncernem Forda, ale sprytnie go oszukali i wykorzystali. Pozwał ich do sądu. Sam przeciw gigantycznemu koncernowi! Walka trwała ok 14 lat. Jak zawziętym i silnym trzeba być, aby tak walczyć o swoje. A prawo zwykle nie jest po stronie malućkich. Firma ma wpływy, ma pieniądze. To wszystko wystarczy by zmieść kogoś z areny i pławić się w glorii chwały. W rezultacie, dla Kearns'a stało się to walką o honor, o sprawiedliwość. No właśnie. Znalazł mnóstwo dokumentów i listów innych wynalazców zwyczajnie wykorzystanych i zapomnianych stając się ich reprezentantem. Dla sprawy poświęcił swoje życie rodzinne, rozwiódł się z żoną. Czy to warto dla jakiś wycieraczek? A jednak w końcu wygrał. Dostał pokaźne odszkodowanie i prawo do patentu. Obserwowałam na filmie ile pracował i wyszukiwał, aby jak najlepiej poznać to szczegółowe, a jednak zawierające mnóstwo kruczków, prawo. Ile przebiegłości i determinacji potrzeba. Nie wystarcza nam czasu, by znać się na wszystkim. A szkoda. Zawsze musimy na kimś polegać, komuś zaufać. A gdy nas zawiedzie? zdradzi? Możemy to tylko dopisać do listy własnych doświadczeń i radzić sobie dalej. Zawsze znajdą się ludzie, którzy chętnie podłożą nogę dobremu, szlachetnemu, przepełnionemu nadzieją. Zawsze znajdzie się jakiś Mefisto. 

piątek, 14 stycznia 2011

Aborcja - statystyki

W grudniowych Charakterach znalazłam wzmiankę o badaniach opinii publicznej w sprawie aborcji.

"Prawie połowa Polaków uważa, ze przerywanie ciąży powinno być dozwolone - wynika z sondażu zrealizowanego przez CBOS.

7% uczestników badania uważa, że aborcja powinna być dozwolona bez żadnych ograniczeń,
38% twierdzi, że owszem, powinna być dozwolona, ale z pewnymi ograniczeniami.
14% ankietowanych jest zdania, że przerywanie ciąży powinno być całkowicie zakazane.
36% przyznaje natomiast, że powinno być zabronione, ale z pewnymi wyjątkami.

Respondenci opowiadają się za dopuszczalności aborcji, jeśli zagrożone jest życie lub zdrowie matki, a także wtedy, gdy  ciąża jest wynikiem gwałtu lub gdy wiadomo, że dziecko urodzi się upośledzone."  

Wychodzi na to, że jednak większość społeczeństwa myśli całkiem logicznie. Ciekawe, czy takie badania wpłyną na szybsze unormowanie prawne tej kwestii.