wtorek, 9 listopada 2010

psychologia i mahjong


Dzisiejszy dzień owocował w rzeczy FASCYNUJĄCE!

Co ciekawe wszystkie odbyły się po lekcjach (czyżby jakaś zależność?).

W końcu odbyło się pierwsze kółko psychologiczne, które założyłam. Sprawuje nad nami pieczę Pani Sowa, która niestety była ostatnimi czasy chora, co opóźniło rozwój kółka. Naszym celem jest uczestnictwo w ogólnopolskim konkursie wiedzy o psychologii organizowanym przez magazyn Charaktery. Pierwsze primo - to fascynujące! Drugie primo - można się wiele nauczyć i dzielić przemyśleniami. Na następne zajęcia szykuję rozdział BIOPSYCHOLOGIA - nauka o układzie nerwowym i natura ludzka. Idealne dla "uciekiniera z biolchemu", jak zwykł nazywać mnie Gentleman z brodą. 


Po psychologicznej burzy mózgów napotkałam w szatni trójkę uczniów z kupką biało-zielonych kamieni (płytek) nieodzownie przypominających żelki-żabki. Zaintrygowana zapytałam w co grają. Okazało się, że w jakąś chińską grę (jeszcze lepiej!) i że brakuje im czwartego gracza. Zaczęli mi wszystko tłumaczyć i już się wciągnęłam kiedy ...moja nowa mentorka musiała iść. Okazało się, że to mahjong! Choć wiele razy o tym słyszałam, nie wiedziałam na czym polega.

Spotykają się w każdy wtorek by razem pograć - fajna zabawa. I pretekst do spotkania! Takie towarzystwo zainteresowane dalekim wschodem (co zwykle wiąże się z mangą i anime) jest bardzo specyficzne, trzeba czuć te klimaty. Po powrocie do domu, weszłam na Kurnika i nauczyłam się mahjonga jednoosobowego - wciągające!

sobota, 6 listopada 2010

słodko - gorzko

Elitarna szkoła. Tak o niej mówią.
Niektórzy nie mogą znieść ciśnienia, innych właśnie ono pobudza do działania. Jeszcze inni odczuwają jedno i drugie, odkładając po raz kolejny całą stertę do szuflady  "ambiwalencje", zaraz obok 'ambicji i lenistwa' oraz 'pragnienia i braku nadziei'.


W XXI wieku ludzie stali się jak komputery. Każdy chciałby zainstalować sobie grę "sukces i satysfakcja". Niestety nie wszyscy mają wystarczające wymagania systemowe. Staramy się ulepszać i dopasować  do nowinek technicznych. Wymaga to dużego wkładu wysiłku i kasy, ale inaczej gra nie pójdzie.

Praca, nauka, nauka, trochę sukcesu, trochę porażki, zmęczenie - sen, satysfakcja - frustracja, jak zwykle słodko - gorzko. W tym tyglu wyczerpania dla celów wyższych próbujemy odnaleźć własną tożsamość.

Szukamy serdeczności, czułego uścisku pośród stert podręczników, terminarzy, dań w 5 minut, zegarków, których irytujące tykanie przypomina nam o permanentnym spóźnieniu.

We wrześniowych "Charakterach" pisali o wolności. Że ludzie wolni o niej nie myślą. Na tej samej zasadzie wymagający rodzic dostrzega jedynie przewinienia swojego dziecka, pozytywy uważając za oczywistość. 

Ale jak dokładnie określić wolność? Czy przypadkiem już samo życie w społeczeństwie jej nie odbiera? Musimy dostosować się do norm i wymagań. I choć wolność rozumiana jest dzisiaj bardziej wybrednie niż kilkadziesiąt lat temu, poczucie uwiązania znajdzie inne ujście by się objawić.

Nie sposób wyrwać się z systemu. Albo przyjmujemy wszystkie aspekty życia w społeczeństwie, albo do niego nie należymy. Jest jeszcze opcja bycia ignorantem, ale to sposób powstrzymywania się przed jakąkolwiek decyzją.

piątek, 17 września 2010

przez różowe okulary

Żeby nie było wątpliwości - 
to nie jest przerobione zdjęcie, 
jedynie tempery i trochę wody

Toś

Papua Nowa Gwinea i piersi

Jakiś czas temu, natknęłam się na informację, że w Traffiku na Bracakiej organizowana jest wystawa fotografii z Papui Nowej Gwinei jako forma reportażu z wyprawy. Co najlepsze - nie jest to jednorazowy event, często wchodząc na najwyższe piętro można obejrzeć jakąś małą wystawę. A jako że:
a) uwielbiam dobre zdjęcia
b) kręcą mnie odmienne kultury
c) miło jest zapełniać swój czas ciekawymi rzeczami
nie mogłam przegapić takiego wydarzenia. Dowiedziałam się przy okazji o kilku regionalnych zwyczajach, które mnie zaciekawiły.

LOKALNA UŻYWKA 

Czy papuańscy obywatele mają całe usta czerwone, bo są krwiożerczymi bestiami i z braku dostępu do cywilizacji nie myją zębów? Nie, oni zwyczajnie lubią być na haju. A jako, że mieszkają blisko natury, nie muszą nigdzie kupować nielegalnych używek, sami je sobie zrywają i oporządzają. 
Orzechy betelu to dobry sposób na euforię i czerwoną ślinę. Bowiem od regularnego żucia tego orzecha następują nieodwracalne zmiany chemiczne, czyli ślina i dziąsła barwią się na czerwono, a zęby stopniowo są w coraz gorszym stanie - najpierw czernieją, potem zaczynają wypadać. W każdym razie wygląda to dość makabrycznie. Ale czegóż się nie robi dla odrobiny rozrywki...

MAJTKI...INACZEJ
Tradycyjnie, nie ma czegoś takiego jak bielizna. Dziewczęta noszą spódniczki z trawy, natomiast panowie... Gdy z chłopców stają się mężczyznami, dostają swoje własne kotaki, czyli tykwy na przyrodzenie utrzymywane przez rzemyk przewiązany przez biodra. Mogę się jedynie domyślać, że nie jest to zbyt wygodne aczkolwiek stanowi sterczący obiekt dumy swojego właściciela i rozpoznawalny symbol mieszkańców Papui.

WYSSANIE DO CNA

  Jak już wspomniałam, na Papui Nowej Gwinei nikt nie przejmuje się czymś takim jak bielizna, w końcu lepiej jak jest przewiewnie. Jednak kobiecym piersiom to chyba wcale nie na rękę (jeśli można tak powiedzieć), bo z czasem smętnie opadają. Nie wygrają z siłą grawitacji i nieustannie przyssanym dzieciątkiem. 
  Wychowanie owych bobasów także wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Gdy kobieta jest w ciąży i  potem przez jakiś czas, gdy dziecko jest bardzo małe, mieszka samotnie. Mężczyźni powracają dopiero gdy maluch już podrośnie. Nie ma to jak wsparcie, prawda?

To tak odmienny świat, że ciężko wyobrazić sobie, że cały czas istnieje, ze swoimi dziwnymi dla nas zwyczajami i egzotycznymi roślinami, gdzieś tam na południowym wschodzie.

Po więcej ciekawych zdjęć odsyłam na znaleźnego fotobloga:

wtorek, 14 września 2010

Batik

Dzięki moje supermocy znajdowania ciekawych rzeczy, natrafiłam na promocyjne kupony na zajęcia Batiku w pewnym miłym, twórczym miejscu o niemal domowej atmosferze ze stałym zapasem ciasteczek. Ten tajemniczy zakątek to Sztukarnia, czyli pracownia artystyczna prowadząca rozmaite kursy. Od rysunku, przez ceramikę po wykłady z kostiumologii i ... batik. 

Cóż to jest ten BATIK? zapytacie. Czy to można zjeść? Otóż, nie, moi drodzy, nie można tego zjeść, ale jeśli zapytacie "z czym to się je?", to wam odpowiem, że z bawełną, woskiem i barwnikami. Ale zacznijmy od początku.

Batik jest sztuką użytkową powstałą w Indonezji, na Jawie. Od wieków stosuje się tę technikę barwienia tkanin do tworzenia najróżniejszych wzorów. Początkowo ozdabiane tym sposobem ubrania były dostępne jedynie dla rodziny panującej. Jednak nie jest to coś wymagającej drogich materiałów i sprzętów, więc dość szybko się rozprzestrzeniło. Tradycyjne ornamenty o symbolicznych znaczeniach zdobiły stroje na ważne uroczystości, narodowe i prywatne, jak na przykład ślub. W ojczyźnie batiku panowały stonowane kolory. Obecnie odchodzi się już od tych ram, choć we współczesnej modzie wzorowanej na tradycyjnych strojach tamtych regionów nadal widać silne wpływy. Nie były one jednak przypadkowe. Ciemny brąz, indygo i biel to kolory symbolizujące trzy największe bóstwa Hinduizmu: Viśnu, Brahma i Śiva. 


Do Europy batik trafił przez import z Holandii na przełomie XVIII i XIX wieku. Tam, powoli zaczął przekształcać się w sztukę samą w sobie, czyli obrazy malowane woskiem.


SPOSÓB TWORZENIA


1) na początek przyda się świetny lub choćby spoko pomysł na coś twórczego
2) tworzymy szkic na kartce (od razu zaznaczając gdzie jakie kolory)
3) wycinamy fragment bawełnianej tkaniny o formacie takim, jak nasz projekt
4) "kalkujemy" szkic, czyli przenosimy ołówkiem projekt na materiał
5) bierzemy pędzelek (lub specjalne narzędzie do batiku) i nakładamy nim precyzyjnie gorący wosk (wcześniej grzany w garnuszku) na partie, które nie mają zostać zabarwione
6) maczamy materiał w barwniku


Dalszego etapu pracy jeszcze nie znam, dowiem się na następnych zajęciach :)
Ale to, czego spróbowałam jak na razie bardzo mi się spodobało, a to niebezpieczne, bo podobno... batik wciąga.


MAŁA GALERIA BATIKOWANIA I TEGO, CO MOŻE POWSTAĆ











czwartek, 19 sierpnia 2010

zapiski z życia wzięte

Jedną z rzeczy których nie lubię najbardziej to marnowanie czasu. A jednym z najlepszych i najbardziej efektownych sposobów jego marnotrawienia jest … spanie. Wypoczynek to podstawa, bez niego nie mamy energii do działania, ale paradoksalnie, za duża jego dawka sprawia, że jesteśmy tylko bardziej zmęczeni i nie mamy siły się zwlec. Intryguje mnie po prostu jak to do cholery! możliwe, że na pielgrzymce wstawałam o 4 rano właściwie bez większych problemów, a teraz nie mogę się sturlać z łóżka o 10?? Powróciło to okropne weekendowe uczucie, że nie wykorzystuję poprawnie (wedle mojej hierarchii) wolnego czasu. Lubię żyć aktywnie i potrzebuję dużo wrażeń i atrakcji by czuć się spełniona, mieć poczucie, że się rozwijam i zbieram doświadczenia. Taka już jestem (choć świadomość tego przyszła stosunkowo niedawno). Co by tego było mało – teraz moje eskapady zostały brutalnie uniemożliwione. Na pielgrzymce nadwyrężyłam sobie stopę. Dzięki mojej nowo zdobytej umiejętności zdiagnozowałam nawet zapalenie w swojej kostce – teza jest taka, że ból promieniuje na śródstopie. Myślałam jednak, że już samoistnie mi przeszło, że rozchodziłam. Niestety wczoraj dostałam za swoją głupią nieuwagę i potknęłam się (na oczach J., jakżeby inaczej), co znów przypomniało mojej nodze, że coś było nie tak i zaczęła na powrót boleć. Przyszedł ranek i nowa nadzieja obalona – nie mogę zrobić kroku. Papa wypadzie do Zachęty (w czwartki jest darmowy wstęp i do tego to ostatni czwartej wystawy, którą chciałam zobaczyć).

Swoją drogą – nie pasuje trochę wyrażenie „w sierpniu jak w garncu”. Ale natura ma to chyba w głębokim poważaniu, bo serwuje nam ostatnimi czasy mieszankę słodko-kwaśną. Dzień zaczął się słonecznie, a przed chwilą musiałam urządzać akcję ratunkową, bo w 2 sec nadeszła niezła ulewa!



Słońce ma zajść o 19:54. To chyba znak, że lato dobiega końca.




♫ słucham: "Café Luna: hiszpańska podróż"
                        Smolik - Who told you

czwartek, 5 sierpnia 2010

Czuły Barbarzyńca

Jak barbarzyńca może być czuły?

A jak pesymista może mieć nadzieję?
Jak wierzący może wątpić?
Jak obżartuch może odmówić ciasteczka?
Jak zakochany może nienawidzić?

Pełni jesteśmy sprzeczności. Dzięki temu nasze życie jest ciekawsze, ale i bardziej skomplikowane. (proszę bardzo, kolejne stwierdzenie gmatwające nam prostolinijne myślenie)

W każdym razie, każdego chętnego do ciekawych (czasem ekscentrycznych lub po prostu nieznanych) lektur, gorącej czekolady gęstej jak świeży cement - choć, jak mniemam, znacznie lepszej w smaku, lub chociaż pobujania się na huśtawce w czterech ścianach, odsyłam na ul. Dobrą 31.

Dla mnie tymczasem było to miejsce przemyśleń i literackie Siódme Niebo.
Poszłam tam z pełną premedytacją NIE wypić kawy. Kawiarnia to nie jest bowiem dobre słowo na określenie tego miejsca. Ale jakie byłoby odpowiednie? Stanowczo musiałaby to być nazwa wieloczłonowa, coś na kształt: kafejko-czytelnio-ekscentryczne-miejsce-spotkań-z-wciśniętym-między-regały-tajemniczym-stolikiem-który-zawsze-jest-zarezerwowany. Ale takie nazwy nie są dobrym chwytem marketingowym. Nie wpadają zanadto w ucho. Co dopiero w pamięć.

Gdyby nie nieustanny szum samochodów i duża ilość okien, mogłabym porównać to miejsce do zadymionej i mrocznej Café Kundera z powieści Elif Safak; co z resztą i tak mimowolnie zrobiłam, podsycona widokiem stolika z ciemnego drewna z tabliczką "REZERWACJA".

Lubię być otoczona książkami. Nawet nie muszę ich czytać (ale i tak nie umiałabym się powstrzymać). Sama ich obecność wprawia mnie w taki delikatny, ulotny stan. Pełne regały uginające się od wspomnień, drżące od ekscytacji historii, które tak chcą być opowiedziane. Muszę jednak być twarda i solidnie trzymać się planu, bo w przeciwnym razie, przez chęć przeczytania wszystkiego - w rezultacie nie czytam właściwie niczego.

piątek, 30 lipca 2010

welcome to ... TAIWAN


Dostałam nowe pocztówki od Hitokage!

Pierwsza kartka jest z wysp Penghu. Była tam na wycieczce z uczelnią - jej głównym kierunkiem jest geologia. A te wyspy to perełka dla geologów - są zbudowane z bazaltu i innych skał magmowych. Wszystkich wysp w archipelagu Paskadorów (bo tak nazywają się po polsku - Wyspy Rybackie <澎湖群島> - od port. pescador - rybak) jest aż 64, otoczone są licznymi rafami koralowymi znajdującymi się w Cieśninie Tajwańskiej

Archipelag położony jest na zachód od wyspy Tajwan, między Morzem Południowochińskim Wschodniochińskim. Łączna powierzchnia wysp wynosi 128 km². Klimat podzwrotnikowy, monsunowy. Zamieszkuje je 93,308 ludzi. Ludność zajmuje się głównie połowami i przetwórstwem ryb, zbieraniem wodorostów morskich i pereł, a także uprawą ryżu, orzeszków ziemnych i bananów. Ceramika - pierwsze ślady ludzi, zostały zdatowane na 3000 p.n.e. Potem Penghu stało się miejscem ważnym geograficznie i militarnie. Dla chińskich żołnierzy i imigrantów liczne zatoki i naturalne przystanie stały się idealnym miejscem w drodze na Formosę.


Mapa Penghu: 

Opis geograficzny wysp: 

Księga ze zdjęciami (to nic że opisy są po chińsku):





wtorek, 6 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. VII

"Nim ostatni akord wybrzmi już
na pustej scenie nieme staną mikrofony.
Ostatni raz śpiewamy dziś
dla wszystkich morzem urzeczonych." 


"Pożegnalny ton"


Rzeczony tort oraz sernik były rodzone w bólach. Nie łatwo bowiem panować nad czymkolwiek o płynnej konsystencji... Rezultat? Mnóstwo latających przedmiotów, zapieczony od środka piec, dużo irytacji i śmiechu. Głównym nadzorcą była Marta, a pomagałyśmy jej ja i Mary oraz okolicznościowo ochotnicy z innych wacht. Każdy chciał się przyłączyć do tak szczytnej akcji!




Przychodzi czas na inne symboliczne pożegnania. 
Michałowi, naszemu oficerowi, przygotowujemy pamiątkową koszulkę.


Na koniec jeszcze raz wybieramy się na lody. Wszyscy dziwnie na nas patrzą, bo zajadamy je w koszulkach z krótkim rękawem, podczas gdy Włosi noszą kurtki. Przy okazji takiej wyprawy łatwo zaobserwować jak innym, otaczające ich piękno, spowszedniało. To właśnie urok podróżowania – można podziwiać najróżniejsze miejsca i nie pozwolić sobie do nich przywyknąć, bo wtedy ich blask blednie w naszych oczach. W naszych wspomnieniach pozostanie jednak jasny na zawsze. Zabieramy już swoje rzeczy i pakujemy wszystko do autokaru. Przyjechała nowa załoga.

wachta no. II






poniedziałek, 5 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. VI

AQUARIO DI GENOVA




Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Genui. Tamtejszy port nie należy do atrakcji turystycznych, jest szary i betonowy, pełen wielkich czarno - rdzawych barek, statków i holowników. Całe miasto znacznie różni się od tych, które odwiedziliśmy podczas rejsu. Wszędzie pełno czarnoskórych sprzedawców podróbek Louis Vuitton (to by wyjaśniało dlaczego co dziesiąta Włoszka nosi torebkę tej marki) i niebezpiecznie wyglądającej młodzieży wszelkiej maści. Nawet rzeźba na placu portowym jest bardzo ekscentryczna. Jednak każdy znalazł coś dla siebie. Ja zwiedzałam dokładnie miejscowe oceanarium, które jest drugim największym na świecie. Podziwiam wszystko, od malutkich przeźroczystych meduz, przez płaszczki, które miałam okazję pogłaskać, po rekiny i pingwiny (które w wodzie wyglądają jakby naprawdę latały). Przyroda jest fascynująca.





to wspomniana wcześniej przeze mnie ekscentryczna 
dwustronna rzeźba w genuwiańskim porcie

















niedziela, 4 lipca 2010

Hołd dla Neptuna cz. V

SANTA MARGHERITA LIGURE


Miejscem docelowym jest Genua, po włosku – Genova. Po odcumowaniu z portu w Monaco płyniemy cały czas wzdłuż brzegu, nie tracąc lądu z oczu. Choć daje to poczucie bezpieczeństwa, a widoki są piękne - serce ciągnie na pełne morze. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kotwicy, żeby zwiedzić małe portowe miasteczko – Santa Margherita Ligure. Na keję dopływamy pontonem, po drodze wbijając się z pluskiem w fale. Oglądamy tam kościół św. Franciszka z Asyżu i pobliską Villę Durazzo z otaczającymi ją ogrodami palmowymi i rzeźbami, gdzie można stracić poczucie czasu. Dla zwieńczenia wszechogarniającej nas sielanki, zjedliśmy prawdziwe, pyszne włoskie lody. 








Miałam tam mały incydent. Teraz się z niego śmieję, ale wtedy wcale nie było mi tak wesoło. Na jakiś czas oddzieliłam się od dziewczyn, które poszyły po zakupy (w planach było przygotowanie tortu z okazji 18-tych urodzin jednej z załogantek oraz jednego z oficerów, choć już nie 18-tych). Niepostrzeżenie zaczął chodzić za mną czarnoskóry jegomość w średnim wieku ubrany w garnitur. Jego wielki uśmiech widzieliśmy już na kei, ale nikt nie miał pojęcia kim mógł być. I tym razem podejrzanie rozpromieniony od ucha do ucha, wołał za mną "ciao bella!". Przestraszona udałam zainteresowanie pierwszym napotkanym sklepem. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego prozaicznego ryzyka samotnego podróżowania. 

















Ad. Część zdjęć autorstwa Janka P